Drużyna miesiąca – kwiecień

Podstawowa jedenastka

april

Między słupkami stawiamy na Earthę Cumings, która w zasadzie jako jedyna spośród zawodniczek grających na tej pozycji w każdym z kwietniowych meczów zanotowała przynajmniej jedną kluczową, ratującą wynik interwencję. Szkockiej golkiperki nie sposób zatem nazwać nieco przypadkową beneficjentką fenomenalnego otwarcia sezonu w wykonaniu Rosengård, bo nawet jeśli to nazwiska jej koleżanek z przedniej formacji zdecydowanie częściej rozpalały wyobraźnię, to drużyna trenera Kjetselberga w tyłach prezentowała się przynajmniej tak samo solidnie. Nominacja dla byłej zawodniczki Liverpoolu z pewnością jest jednak pewnym zaskoczeniem, gdyż po słabszym, a na dodatek zwieńczonym skomplikowanym urazem początku na szwedzkich boiskach, to Angel Mukasa zdawała się być zdecydowanie bliżej statusu bramkarki numer jeden zespołu ze stolicy Skanii. Obecnie ta hierarchia jest już jednak całkowicie klarowna, a pozycja 24-latki z Edynburga absolutnie niepodważalna.

Nieoczywistych wyborów nie brakuje także na obu bokach defensywy, ale zarówno Nesrin Akgün, jak i Ellen Toivio nie pozostawiły nam choćby minimalnych wątpliwości co do słuszności tych nominacji. Dziewiętnastolatka z Kronobergu nadspodziewanie szybko przystosowała się do całkowicie nowej dla siebie pozycji na boisku i występując już w roli wahadłowej odegrała pierwszoplanową rolę w obu kwietniowych zwycięstwach Växjö, zaś starsza od niej o siedem lat zawodniczka Brommy zaimponowała przede wszystkich w meczach przeciwko Linköping oraz Vittsjö, po których to skazywana na kolejny rok ostrej walki o ligowy byt ekipa z zachodniego Sztokholmu zebrała mnóstwo w pełni zasłużonych pochwał. Parę środkowych obrończyń tworzą natomiast doświadczona Jessica Wik, która bezbłędnie trzyma w ryzach nieco eksperymentalnie zestawianą defensywę z Malmö oraz Amerykanka Ashley Barron, szerzej kojarzona jako autorka najbardziej spektakularnego wejścia do Damallsvenskan w historii. Niestety dla kibiców z Närke, ów debiut okazał się ostatecznie mieć iście tragiczne zakończenie, ale ofiarne i co najważniejsze skuteczne interwencje rosłej stoperki z Cincinnati w zderzeniu z przeważającymi siłami ze Sztokholmu na długo pozostaną w naszej pamięci.

O boiskowych wyczynach pomocniczek Djurgården i Rosengård szczegółowo informowaliśmy na bieżąco, więc nie ma specjalnego zaskoczenia, że to właśnie duety reprezentujące na co dzień te dwa kluby stanowią trzon naszej drużyny miesiąca. Therese Åsland z Shinomi Koyamą sprawiły, że nieco zmęczeni już ciągłymi rozczarowaniami fani Dumy Sztokholmu po długiej przerwie znów zaczęli przychodzić na Stadion Olimpijski z uzasadnioną ekscytacją, a nie jedynie z poczuciem kibicowskiego obowiązku. Równie efektowny japońsko-nordycki duet stworzyły w Malmö Momoko Tanikawa z Olivią Holdt, a o jego niełatwej do powstrzymania sile przekonały się już na własnej skórze derbowe rywalki z VIttsjö oraz Kristianstad. Formację uzupełnia nam Szwajcarka Smilla Vallotto, czyli jedyna w tym gronie przedstawicielka mistrzowskiego Hammarby. Najlepsza zawodniczka Bajen w fazie grupowej Pucharu Szwecji nie miała problemów z przeniesieniem świetnej, zimowej dyspozycji na wiosnę i to między innymi dzięki jej postawie, obrończynie tytułu zaksięgowały w kwietniu trzy kolejne, ligowe zwycięstwa, a łatwo o nie wcale nie było.

Rywalizacja o miejsce na dziewiątce była stosunkowo zacięta, ale ostatecznie to Wilma Leidhammar okazała się najlepszą spośród szerokiego grona pretendentek. Nominowana przed kilkoma miesiącami do tytułu piłkarskiego Odkrycia Roku w Szwecji napastniczka Norrköping błysnęła już na inaugurację przeciwko Häcken, gdzie długo wydawało się, że to właśnie jej zagrania poprowadzą ubiegłorocznego beniaminka do nieoczekiwanego zwycięstwa na terenie jednego z głównych faworytów tegorocznych rozgrywek. Swoją kapitalną dyspozycję potwierdziła także w rywalizacji przeciwko rewelacyjnemu w ostatnich tygodniach Djurgården, kiedy to nie dość, że mocno dała się we znaki obrończyniom Dumy Sztokholmu, to jeszcze zwieńczyła swój popis fenomenalnym uderzeniem bezpośrednio z rzutu wolnego, który spokojnie byłby ozdobą każdego stadionu świata.


Ławka rezerwowych

april_res

Bramka: Serina Backmark (AIK)

Obrona: Ronja Aronsson (Piteå), Wilma Wärulf (Bromma)

Pomoc: Tove Almqvist (Djurgården), Alice Bergström (Häcken), Sofie Bredgaard (Rosengård), Julia Roddar (Hammarby)

Atak: Felicia Schröder (Häcken)

Piłka nożna – świętować nie można

1620938

Zdobywczynie pucharu wracają do ligowej rzeczywistości, a w niej już czeka bardzo niewygodny rywal (Fot. Bildbyrån)

Jeszcze w maju czekają nas wszystkie zaplanowane na wiosnę bezpośrednie starcia pomiędzy drużynami wielkiej trójki, ale choć pierwsze z nich odbędzie się dopiero za tydzień, to w najbliższy weekend ligowi potentaci także nie mogą bynajmniej liczyć na taryfę ulgową. Jako pierwsze na boisko wyjdą mistrzynie z Södermalm, które w derbowym boju zmierzą się z przeżywającym właśnie swój gwiezdny czas Djurgården i w tym zestawieniu spodziewać możemy się tak naprawdę wszystkiego oprócz… łatwego, lekkiego i przyjemnego zwycięstwa którejkolwiek ze stron. Szczególnie frapująco przedstawia się perspektywa walki o dominację w środku pola, do której z jednej strony stanie nieustraszony tercet Roddar – Joramo – Vallotto, z drugiej zaś zachwycające nas właściwie w każdym swoim występie od początku pucharowej fazy grupowej Therese Åsland oraz Nellie Lilja, w ostatnich tygodniach wzmocnione dodatkowo wsparciem nastoletniej rewelacji z Japonii Shimoni Koyamy. Zbliżone zarówno pod względem potencjału, jak i aktualnej dyspozycji, wydają się być także skrzydła obu stołecznych ekip, a pewnej przewagi Bajen upatrywalibyśmy chyba jedynie na dziewiątce (nawet wówczas, gdy Ellen Wangerheim wciąż ma status powracającej do regularnej gry rekonwalescentki, choć niezmiennie mamy nadzieję obejrzeć ją w nieco większym wymiarze) oraz na bokach defensywy. Czy ten czynnik okaże się w sobotnie popołudnie decydujący? A może szalę przechyli coś kompletnie innego, a my znów będziemy mogli przywoływać nieśmiertelny tekst o nieprzewidywalnych i rządzących się własnymi prawami derbach? Przekonamy się już za kilkadziesiąt godzin, ale ciekawie będzie na pewno.

Z nieco łatwiejszym zadaniem teoretycznie powinny mierzyć się zarówno liderki z Malmö, jak i wicemistrzynie z Hisingen, choć w obu przypadkach ewentualnej niespodzianki do końca wykluczyć także nie sposób. Problemem trapionych kontuzjami piłkarek Häcken może okazać się odpowiednia reakcja na trzeci z rzędu przegrany finał Pucharu Szwecji, który oznacza dokładnie tyle, że biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, do gabloty klubu z Västergötland trafił właśnie piąty z rzędu srebrny medal. Dla wielu konkurentek z Damallsvenskan byłoby to oczywiście nie lada osiągnięcie, ale na Bravida Arenie celują zdecydowanie wyżej i są to jak najbardziej uzasadnione ambicje. Tych ostatnich nie brakuje także zawodniczkom Rosengård, które niemal dokładnie rok temu zostały wręcz upokorzone w pierwszej połowie rywalizacji na Bilbörsen Arenie w Linköping, a ponieważ trzon zespołu ze stolicy Skanii pozostał ten sam, to żądza rewanżu wydaje się w tym przypadku wręcz naturalna. Tym razem to podopieczne trenera Kjetselberga mają po swojej stronie mityczne momentum, to one przewodzą ligowej stawce, grają zdecydowanie najpiękniejszy w kraju futbol, ale nasza dyscyplina sportu jak mało która potrafi uczyć pokory. I nawet jeśli LFC pod wodzą Rafaela Roldana nie potrafił odnieść w obecnym roku kalendarzowym ani jednego zwycięstwa nad pierwszoligowym rywalem (pomimo aż pięciu podjętych prób!), to dziewięćdziesiąt minut w jedno, majowe popołudnie jest w stanie zmienić naprawdę wiele. Transfer Yuki Momiki do angielskiego Leicester znacząco zachwiał oczywiście układem sił, ale to też nie jest tak, że Cornelia Kapocs z Cathinką Tandberg nagle zapomniały, jak strzela się gole. Obrończyniom Rosengård zalecamy zatem szczególną uwagę.

Jeszcze wczoraj głowy piłkarek, trenerów i kibiców z Piteå zajęte były tylko i wyłącznie celebrowaniem historycznego triumfu w Pucharze Szwecji, ale nieubłagalny, ligowy terminarz już puka w szybkę i prosi o atencję. Skoncentrowanie się na zwyczajnej konfrontacji z Kristianstad może okazać się jednak dla bohaterek z LF Areny zadaniem ponad siły, bo jak tu myśleć o skutecznym powstrzymaniu Hlin Eiriksdottir i spółki, skoro przed chwilą jedynym zajmującym uwagę tematem było śledzenie na żywo samochodowej podróży pucharu z Göteborga do Norrbotten, która to doczekała się na klubowej stronie oraz w mediach społecznościowych osobnej relacji (drużyna oczywiście wracała do domu samolotem). W Piteå doskonale zdają sobie sprawę, że jeśli zespół nie zapląta się niepotrzebnie w walkę o utrzymanie, to plan maksimum na ten rok został już właściwie wykonany, a teraz można do niego jedynie po drodze dokładać kolejne mniejsze lub większe skalpy. I ta jednocześnie komfortowa i potencjalnie niebezpieczna perspektywa może okazać się dla drużyny trenera Carlssona zarówno przekleństwem, jak i wybawieniem. Czas pokaże, która z tych opcji okaże się bliższa prawdy, ale póki co największymi beneficjentkami tego zamieszania zupełnie nieoczekiwanie mogą okazać się piłkarki z Kristianstad, dla których ewentualne zwycięstwo na dalekiej Północy byłoby niczym przypływ tak bardzo potrzebnej w tym niełatwym czasie dobrej energii. Zdecydowanie więcej do przegrania niż do wygrania mają za to w najbliższy weekend zawodniczki z Norrköping oraz Växjö, które już jutro udadzą się na stadiony wciąż szukających premierowego zwycięstwa w tegorocznej kampanii beniaminków. Leidhammar, Andersson, Cato, Russell, Dupuy, czy Danielsson to nazwiska, które tej wiosny już zdążyły zapisać się w świadomości nawet tych nieco mniej zagorzałych kibiców, ale aby pójść jeszcze jeden szczebelek wyżej, do efektownych przebłysków trzeba byłoby dorzucić solidność i powtarzalność. Patrząc pod tym kątem, wyjazdy do Solnej oraz Trelleborga wydają się być wręcz wymarzonym testem, z którym to każdy aspirujący do miana pozytywnej niespodzianki sezonu zespół powinien sobie bez większych turbulencji poradzić. Nieco enigmatycznie zapowiada się za to potyczka na Behrn Arenie, gdzie hołdujące grze na zero z przodu Örebro podejmie wyznające zasadę, że na początku był chaos Vittsjö. I coś mówi nam, że jeśli ktoś się z tego wszechobecnego chaosu wyłowi, to w pierwszej kolejności będzie to Tanya Boychuk lub Molly Johansson.

md4

Drużyna od cudów znów to zrobiła

Fotboll, Svenska Cupen, Final, Häcken - Piteå

Niemożliwe (wciąż) nie istnieje – Puchar jedzie na Północ!! (Fot. Michael Erichsen)

Cztery do zera – dokładnie tak mógłby brzmieć wynik dzisiejszego finału Pucharu Szwecji po upływie dwóch kwadransów pierwszej połowy i nikt nie mógłby zgłaszać w tej sprawie szczególnych pretensji. No bo policzmy na spokojnie: zaczęło się od niepewnej interwencji Samanthy Murphy po strzale Anny Csiki, kiedy to futbolówka mogła polecieć w zasadzie wszędzie, później mieliśmy dwa fenomenalne, prostopadłe podania autorstwa odpowiednio Josefine Rybrink oraz Johanny Fossdalsy, po których to wyborne okazje marnowała Clarissa Larisey, a na koniec tej fazy meczu obramowanie bramki gościń obiła jeszcze aktywna jak zawsze Alice Bergström, próbując w ten sposób sfinalizować jeden z licznych, zespołowych wypadów zawodniczek z Hisingen prawym skrzydłem. Dominacja miejscowych nie podlegała więc dyskusji, ale – zupełnie jak przed kilkoma dniami – nijak nie przekładało się to na konkretne wpisy w tych najbardziej kluczowych rubrykach meczowego protokołu. A skoro nie udawało się gospodyniom, to szczęścia postanowiły wreszcie spróbować także podopieczne trenera Carlssona, wykorzystując do tego cokolwiek niefrasobliwą postawę eksperymentalnie zestawionego środka defensywy Häcken. Brylowała w tym przede wszystkim Anam Imo, która na tyle skutecznie uciekła całkowicie bezradnej Lisie Löwing, że ta ostatnia nie potrafiła powstrzymać jej nawet ewidentnie przekraczając przepisy gry w piłkę nożną. Na drodze do pełni szczęścia byłej reprezentantce Nigerii stanęła jednak interweniująca Jennifer Falk, ale sympatycy ekipy z Hisingen nie odetchnęli bynajmniej na długo. Po upływie zaledwie kilkudziesięciu sekund Imo raz jeszcze wystąpiła w roli głównej, tym razem wykładając świetną piłkę ustawionej tuż przed linią pola karnego Selinie Henriksson. Jakość strzału pochodzącej z Kiruny pomocniczki pozostawiała już jednak sporo do życzenia, a ostrzeżone dwukrotnie Häcken postanowiło póki co więcej z ogniem nie igrać i znów przenieśliśmy się z akcją na połowę przyjezdnych z Norrbotten. Goli z tego jednak nie było, w wyniku czego do szatni oba zespoły udały się przy bezbramkowym remisie, a to zdawało się brzmieć jak obietnica niemałych emocji po przerwie.

Sommarvädret – to słowo dało się usłyszeć na Bradvida Arenie zdecydowanie najczęściej, a na iście letnie warunki pogodowe uwagę zwracali przede wszystkim nieliczni, lecz zmotywowani nie mniej od swoich piłkarek kibice z dalekiej Północy. Oni mieli jednak ten komfort, że mając do dyspozycji niemal cały sektor za jedną z bramek, mogli w dogodnym dla siebie momencie poszukać tak bardzo potrzebnego w pełni majowego słońca orzeźwienia. Grające w czerwonych trykotach zawodniczki na podobne udogodnienia liczyć jednak nie mogły, a było absolutnie oczywistym, że to przede wszystkim biegająca bez piłki drużyna jako pierwsza może zacząć odczuwać trudy tego spotkania. A nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że Häcken jak mało kto potrafi cierpliwie czekać na swoją szansę, a następnie z zimną krwią wykorzystać minimalne spóźnienie lub błąd w kryciu jednej z rywalek. Kolejne minuty jednak upływały, trener Lind sukcesywnie wprowadzał do gry potencjalne super-rezerwowe (w tym zacnym gronie znalazły się chociażby Kafaji, Schröder oraz Jusu Bah), a premierowy gol wciąż nie padał. Nie brakowało oczywiście okazji, aby go strzelić, ale albo Wijk pocelowała o kilka centymetrów zbyt wysoko, albo niepewnie interweniująca Murphy szczęśliwie zdjęła piłkę z głowy Sandberg, albo strzał jednej ze swoich koleżanek wbrew własnej woli przyjęła na siebie Schröder. Prawe skrzydło gospodyń nieustannie stwarzało zagrożenie, lewe sprawiało wrażenie nieco uśpionego, Rybrink z Fossdalsą starały się rozerwać szczelne zasieki Piteå pojedynczym błyskiem geniuszu, ale na tablicy wyników niezmiennie świeciły się dwa zera. I nawet jeśli podopieczne libańskiego szkoleniowca Maka Linda zdawały się utrzymywać boiskowe wydarzenia pod swoją kontrolą, a zdroworozsądkowe myślenie podpowiadało, że solidny mur z Norrbotten najpewniej da się w końcu skruszyć (jak nie w regulaminowym czasie, to przynajmniej w dogrywce), to jednak perspektywa trzeciej z rzędu finałowej porażki chyba po raz pierwszy realnie pojawiła się w świadomości szykujących się od rana na fetę fanów Häcken. Gdyby ktoś zapewnił ich wtedy, że rzeczonej dogrywki w ogóle nie będzie trzeba grać, wszyscy zapewne przyjęliby taką wiadomość z niemałym entuzjazmem. Jednak, jak to często powtarzają mądrzy ludzie: uważaj, czego sobie życzysz, bo…

Czwarta minuta doliczonego czasu gry, wprowadzona na murawę dosłownie kilkadziesiąt sekund wcześniej Saga Swedman rusza odważnie do teoretycznie beznadziejnej piłki, wygrywa przebitkę z Lisą Löwing w okolicach koła środkowego i przytomnie daje się sfaulować. Zachowanie to wzbudza jak najbardziej uzasadniony entuzjazm sektora gościń, choć niemal wszyscy są wówczas przekonani, że podstawową korzyścią z perspektywy interesów Piteå okaże się zyskanie kilkudziesięciu sekund spokoju dla mocno sponiewieranej odpieraniem kolejnych ataków Häcken defensywy. Do stojącej futbolówki pewnym krokiem pochodzi jednak inna rezerwowa Asla Johannesen, ustawiona na szesnastym metrze kapitanka Josefin Johansson przedłuża jej zagranie głową, a prowadząca to spotkanie pani Tess Olofsson… bez wahania wskazuje na wapno. Na nic zdały się protesty Filippy Curmark, bo sędzia z Malmö nie wyrażała choćby minimalnego zainteresowania historią o naturalnym ułożeniu rąk i ochronie twarzy, którą to pomocniczka Häcken ekspresyjnie starała się przedstawić. Rzut karny to jednak jeszcze nie gol, a niemałą odpowiedzialność postanowiła wziąć na swoje barki Emma Viklund, czyli… trzecia ze zmienniczek w talii trenera Carlssona. Zadanie wcale nie należało do puli tych najłatwiejszych, o czym w marcowym półfinale boleśnie przekonały się chociażby obrończynie tytułu z Hammarby, ale 23-latka ze Skellefteå uderzyła tak precyzyjnie, że Jennifer Falk nie pomogłoby nawet bezbłędne odczytanie intencji strzelającej. 1-0 dla gościń z Piteå, na trybunach niemała konsternacja, a szczęśliwa bohaterka ze łzami w oczach podbiega do jedynego szalejącego z radości sektora, dumnie wskazując na herb ukochanego klubu. I podobnie jak kilka dni wcześniej w przypadku Isabelli Hobson z Evertonu, nikt nie miał wątpliwości, że ten jeden mały gest powiedział nam więcej niż tysiąc słów. Bo choć gospodynie rzuciły się jeszcze do odrabiania strat, dwa razy interweniować musiała Murphy, a Kafaji zdecydowała się na ostatni strzał rozpaczy, to ostatni gwizdek Tess Olofsson oznajmił, że oto drużyna od cudów raz jeszcze dokonała absolutnie niemożliwego. A kadra oparta na mocno identyfikujących się z lokalną społecznością zawodniczkach pochodzących z Norrland była w stanie zadać ćwierćfinalistkom tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń dokładnie tyle samo bólu i rozczarowania, ile… one same dopiero co zadały na nieco bardziej eksponowanej scenie faworyzowanym przeciwniczkom z Paryża czy Madrytu. Że niby romantyzm w piłce się skończył? Cóż, jak widać z całą pewnością nie w tej szwedzkiej…

cupen

cupen2