Spokojnie, zaraz się rozkręci…

FdSEErrXoAE5H7x

Sympatycy szwedzkiego futbolu – pierwszy kwartał 2024 (koloryzowane)

Gdy kilka lat temu prominentne głowy spod znaku SvFF oraz EFD zapewniały nas o tym jak bardzo reforma Pucharu Szwecji podniesie prestiż tych podupadających nieco rozgrywek, mieliśmy w zasadzie trzy opcje. Pierwsza z nich zakładała, że we wszystko uwierzymy na słowo, druga – że od razu przypuścimy ostrą krytykę tego projektu, trzecia zaś – że z ostateczną oceną wstrzymamy się do momentu, w którym nowa formuła zmagań dostarczy nam wystarczająco dużo materiału do rzetelnej analizy. Trzy lata funkcjonowania w obecnej rzeczywistości doprowadziły nas jednak do punktu, w którym chyba z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, że naszym futbolowym decydentom – w przeciwieństwie do ich kolegów i koleżanek po fachu pracujących na co dzień w UEFA – uzdrawianie rozgrywek zdecydowanie nie wychodzi najlepiej. Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz więcej osób zaczyna tęsknić za starym formatem, który w swojej prostocie zapewniał nam jednak ten nieuchwytny gołym okiem dreszczyk adrenaliny, nie bez racji chociażby w Anglii nazywany magią pucharu. Mało atrakcyjna faza grupowa, podlana na dodatek absurdalnym geograficzno-koszykowym sosem, owej magii skutecznie nas jednak pozbawiła, nie oferując w zamian absolutnie nic. W wyniku wspomnianych już artystycznych wygibasów z rozstawieniami, strefami północnymi i południowymi, czy wreszcie mało atrakcyjnym terminarzem i zerowym zainteresowaniem mediów oraz sponsorów, na przełomie lutego i marca szesnaście zespołów co roku kisi się w niemal identycznie wyglądających grupach, a ich boiskowa rywalizacja zdecydowanie bardziej niż prestiżowe zmagania, przypomina sparingowe kopanie futbolówki we wczesnowiosennym okresie przygotowawczym. Wyjątkiem od ostatniego z wymienionych są rzecz jasna mecze z udziałem piłkarek Hammarby, ale do tego, że w Södermalm potrafiliby zrobić święto nawet z towarzyskiej gierki na kole podbiegunowym, też zdążyliśmy się już przyzwyczaić. I z mało przekonująco skrywaną dumą możemy podkreślać, że fani Bajen to na ten moment prawdopodobnie jeden z trzech – obok londyńskiego Arsenalu i Portland Thorns – najlepiej zorganizowanych ruchów kibicowskich na świecie.

Skoro jesteśmy już przy Hammarby, to klub ten pokazał w sobotę supremację nie tylko na trybunach, ale i na murawie Skytteholms IP. Po nieco nerwowym początku, trener Martin Sjögren mógł spokojnie podziwiać zaskakująco płynnie funkcjonujące nowe ustawienie mistrzyń Szwecji, wymuszone poniekąd całkowicie usprawiedliwioną absencją Simone Boye. Jonna Andersson oraz Stina Lennartsson w roli nieco bardziej klasycznych bocznych defensorek spisały się jednak równie obiecująco, co na wahadłach, a z przodu strzelanie kolejnych goli wzięły na siebie byłe podopieczne Sjögrena z reprezentacji Norwegii. Efekt? 4-0 i w zasadzie klepnięty awans do fazy finałowej, bo kataklizmu w domowej rywalizacji z Örebro zdecydowanie nie przewidujemy. O trochę większe emocje w grupie obejmującej Sztokholm i okolice mogły postarać się zawodniczki Djurgården, ale na Behrn Arenie najpierw straciły podstawową stoperkę Beatę Kollmats, potem dwa gole i tym sposobem w klasyczny dla siebie sposób wypisały się w zasadzie z gry o cokolwiek. Oprócz ubiegłorocznych triumfatorek Svenska Cupen, pewnym krokiem do półfinału zmierzają także ekipy Häcken oraz Piteå, a jedyną realną niewiadomą stanowi chyba wyłącznie obsada pierwszej lokaty w drugiej grupie południowej. Do tego zaszczytnego miana całkiem serio pretendują bowiem zawodniczki Linköping i Rosengård, których rywalizacja – zupełnie jak wiele politycznych głosowań w czasie słusznie minionej pandemii – odbędzie się jednak wyłącznie w formie korespondencyjnej. Drużyny te za tydzień zmierzą się bowiem z zupełnie innymi rywalkami, a nieco większe szanse w tym osobliwym wyścigu trzeba chyba przyznać ekipie ze stolicy Skanii, ze względu na to, iż na jej drodze staną przeciwniczki z trzeciego poziomu rozgrywkowego. W tym samym czasie piłkarki z Östergötland będą natomiast musiały zmierzyć się z nieobliczalnym Vittsjö, które dopiero co – również zgodnie z wieloletnią, niepisaną tradycją – dostało porządną lekcję futbolu od Rosengård.

Ktoś nie bez racji zauważy, że od półfinałów wszystko – łącznie z odpowiednim do rangi rozgrywek poziomem emocji – wróci do normy, ale skoro tak, to może… nie bawmy się w te fazy grupowe, tylko od razu zorganizujmy Puchar Szwecji w formule Final Four dla czterech najlepszych ekip Damallsvenskan z poprzedniego sezonu. Będzie szybciej, taniej, reklama zrobi się sama, a my będziemy mogli obwieścić urbi et orbi, że oto staliśmy się jedynym krajem, gdzie puchar stał się tak prestiżowy, że aż ekskluzywny. Co więcej, niejako w gratisie dostaniemy jeszcze dodatkowo podkręcony finisz ligi, bo przecież czwarte miejsce na koniec sezonu będzie niosło za sobą wymierne korzyści. To wszystko oczywiście daleko posunięty sarkazm, bo oczywiście taka formuła zmagań byłaby jawnym zaprzeczeniem leżącej u podstaw tych rozgrywek idei turnieju dla wszystkich. Inna sprawa, że zreformowany przed kilkoma laty Puchar także nie ma z nią zbyt wiele wspólnego, bo załóżmy na moment (kompletnie nierealistycznie, ale co tam), że oto za tydzień szwedzkie środowisko piłkarskie będzie przecierać ze zdumienia oczy, gdy IFK Göteborg zwycięży na Malmö Idrottsplats, a piłkarki z Lidköping dokonają analogicznego wyczynu w starciu z Växjö. No i właśnie… takie rozstrzygnięcie w Anglii, Niemczech i każdym innym zdroworozsądkowo myślącym kraju oznaczałoby, iż właśnie napisała się wspaniała historia, którą zawodniczki, działacze i sympatycy tego niżej notowanego klubu wspominać będą nawet za kilka(dziesiąt) lat. Tymczasem u nas jedyną nagrodą za takie osiągnięcie pozostaje własna satysfakcja, bo o żadnym awansie do kolejnej fazy kosztem krajowego potentata nie ma nawet co marzyć.

Najwyraźniej jednak w najbliższej przyszłości będziemy musieli nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości obejmującej zupełnie nielogiczny i organizowany na opak elementarnej logice puchar, rozszerzoną do granic absurdu ligę, kadrę A bezrefleksyjnie tracącą przynajmniej sześć bezcennych miesięcy trudnego okresu przejściowego i reprezentację U-17 spadającą właśnie z hukiem z 28-zespołowej (!) dywizji A w swojej kategorii wiekowej. I całe w tym wszystkim szczęście, że przynajmniej Johanna Kaneryd została w miniony piątek jedną z bohaterek meczu na szczycie angielskiej WSL, Magdalena Eriksson i Fridolina Rolfö wróciły do gry po poważnych, zdrowotnych perypetiach, a Matilda Vinberg z Amandą Nildén brawurowo poprowadziły swój Tottenham do wygranej z Leicester. Bo takie światełka w tunelu są nam naprawdę potrzebne niczym tlen. I ani trochę nie obrazimy się, jeśli kolejne miałoby rozbłysnąć już za kilka dni na Bravida Arenie w Hisingen.

Pucharowe zmartwienia i radości

alex

Tottenham Roberta Vilahamna sprawił zdecydowanie największą pucharową niespodziankę minionego weekendu (Fot. Alex Davidson)

Dwie muchy grają sobie w piłkę nożną w filiżance i nagle jedna mówi do drugiej: Ty się nie ociągaj, bo za dwa dni gramy w pucharze. Wybaczcie ten żenujący żart na początek, ale doprawdy trudno o bardziej trafne podsumowanie zakończonego właśnie weekendu. Tak się bowiem złożyło, że w większości europejskich krajów pierwszy marcowy termin zarezerwowano właśnie dla rozgrywek pucharowych, które zresztą dostarczyły nam wielu ciekawych rozstrzygnięć. A szwedzkie piłkarki, co wcale nie było ostatnimi czasy aż tak oczywiste, miały w nich całkiem spory udział i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że to im często przypadały w tych boiskowych spektaklach pierwszoplanowe role.

Zacznijmy jednak od wizyty na podwórku krajowym, bo po pierwsze – koszula zawsze bliższa ciału, a po drugie – inauguracji fazy grupowej Pucharu Szwecji zignorować zwyczajnie nie wypada. Tym bardziej, że terminarz od razu dostarczył nam jak na talerzu dwa starcia ze sporym potencjałem na głośny, futbolowy hit. I to nawet pomimo faktu, że pogoda u progu wiosny bynajmniej nie zachęcała ani do gry w piłkę, ani tym bardziej do bacznego obserwowania jej z perspektywy trybun. O ile jednak w sztokholmskich derbach poziom rywalizacji faktycznie nie zachwycił, a bezbramkowy remis w rywalizacji Hammarby z Djurgården nie skrzywdził żadnej ze stron, o tyle na Kopparvallen w Åtvidabergu od pierwszej do ostatniej minuty zawodniczki Linköping i Rosengård zaserwowały nam prawdziwą jazdę bez trzymanki. Trafienia Cornelii Kapocs oraz Cathinki Tandberg sprawiły, że występujące formalnie w roli gospodyń piłkarki z Östergötland w pewnym momencie prowadziły już różnicą dwóch goli, ale przyjezdne ze Skanii chyba wreszcie przypomniały sobie o własnym DNA i zupełnie jak za wcale nie tak starych, lecz z pewnością dobrych czasów, wyrwały jeden punkt w doliczonym czasie gry za sprawą Emmy Jansson. Ponadto, w Hisingen niezmiennie stabilnie: klub wygrywa (tym razem gładkie 3-0 z Växjö), a kolejne dzieciaki (tym razem Matilda Nildén) w wielkim stylu przedstawiają się publiczności na Bravida Arenie; Piteå, Kristianstad oraz Vittsjö urządzają sobie punktowane treningi strzeleckie w rywalizacji z przedstawicielkami niższych klas rozgrywkowych, a Umeå skutecznie ucisza tych, którzy po lutowych grach towarzyskich w drużynie z Brommy widzieli potencjalną rewelację nadchodzących rozgrywek ligowych.

A co słychać w wielkich, europejskich klubach? Hat-trick Stiny Blackstenius pozwolił londyńskiemu Arsenalowi dosłownie przejechać się po Aston Villi w półfinale Pucharu Ligi. Jest to rezultat o tyle istotny, że te w teorii zdecydowanie najmniej prestiżowe rozgrywki mogą okazać się dla stołecznych Kanonierek jedyną w trwającym właśnie sezonie szansą na włożenie do klubowej gabloty jakiegokolwiek trofeum. O końcowy triumf będzie im jednak o tyle trudno, że w decydującym boju ich umiejętności sprawdzi Chelsea, która wczoraj – przy czynnym udziale szwedzkiego tercetu z The Blues (Nathalie Björn przedwcześnie opuściła plac gry z powodu kontuzji) – skromnie pokonała Everton w ćwierćfinale FA Cup. Tym samym Emma Hayes wciąż może pożegnać się z Wyspami Brytyjskimi poczwórną koroną i w rezultacie stać się zapewne wieczną legendą klubu z Kingsmeadow. W fazie półfinałowej Pucharu Anglii Londyn ma jednak aż dwóch reprezentantów, a to wszystko za sprawą zamieszania, jakie w rywalizacji z faworyzowanym Manchesterem City stało się udziałem prowadzonego przez Roberta Vilahamna Tottenhamu. Ponad dwugodzinna batalia na Brisbane Road zakończyła się ostatecznie pasjonującym konkursem jedenastek, w którym swoje próby bez najmniejszych problemów wykorzystały Amanda Nildén oraz Filippa Angeldal. Z tej dwójki, po końcowym gwizdku sędzi Kirsty Dowle, powody do radości miała jednak tylko wypożyczona z Juventusu defensorka, bo to właśnie jej zespół (w jego kadrze znajduje się również Matilda Vinberg) cały czas pozostaje w grze o tytuł. Historyczną promocję do najlepszej czwórki wywalczyły ponadto Lisice z Leicester, a w wyjazdowym zwycięstwie nad Liverpoolem (2-0) udział miała między innymi dwudziestoletnia Emilia Pelgander. Na ćwierćfinale swoją przygodę z FA Cup zakończył za to Brighton & Hove Albion Julli Zigiotii i Emmy Kullberg, niezwykle boleśnie (0-4) wypunktowany w sobotnie popołudnie przez najwyraźniej rozkręcający się z biegiem rundy rewanżowej Manchesterem United.

Zwalniać tempa ani trochę nie zamierza za to Madelen Janogy, która w sposób szczególny upodobała sobie chyba gnębienie rywalek z Turynu. Przed kilkoma tygodniami była snajperka Piteå i Hammarby dwukrotnie trafiała do siatki na Campo La Marmora w spotkaniu ligowym, a teraz dosłownie skopiowała ów wyczyn w półfinale Coppa Italia. To wszystko sprawiło, że Fiorentina stosunkowo pewnie (3-1) pokonała na wyjeździe mocno faworyzowany przez bukmacherów Juventus, meldując się tym samym w wielkim finale rozgrywek. A w nim, co z kolei zaskoczeniem ani trochę już nie jest, znalazło się także miejsce dla AS Romy. Aktualne mistrzynie Włoch kolejny raz w tym sezonie zabawiły się (5-2) z coraz bardziej dołującym Milanem, a malutkim pocieszeniem dla szwedzkich fanów ekipy z Mediolanu może być fakt, iż jedno z honorowych trafień dla gościń było dziełem Evelyn Ijeh, która w ten sposób oficjalnie rozpoczęła swoje strzelanie na Półwyspie Apenińskim. Ćwierćfinał Pucharu Danii z Koldingiem na swoją korzyść (2-0) rozstrzygnęły piłkarki Brøndby, w składzie których na boku defensywy oglądaliśmy w wyjściowej jedenastce Johannę Alm. Zdecydowanie mniej przyjemnie tę fazę zmagań wspominać będzie natomiast Hannah Kohl, bo nie dość, że rywalizację z Århusem 27-letnia golkiperka obserwowała jedynie z perspektywy ławki rezerwowych, to jeszcze jej Fortuna Hjørring przegrała po wyrównującym boju 0-1. Szwedzkich akcentów jako takich zabrakło w obu półfinałach Coupe de France, ale kibice z Hisingen z zainteresowaniem mogli obejrzeć paryskie derby, w których to ćwierćfinałowe przeciwniczki BK Häcken w tegorocznej edycji Lidze Mistrzyń (Paris SG) okazały się lepsze od ich niedawnych grupowych rywalek (Paris FC), choć do wyłonienia ostatecznych zwyciężczyń także tu konieczne były rzuty karne. Inna sprawa, że jedną z bohaterek PSG raz jeszcze została Tabitha Chawinga, bo bez wkładu własnego ze strony snajperki z Malawi, pucharowa przygoda tego zdecydowanie najbardziej zasłużonego, paryskiego klubu niechybnie dobiegłaby wczoraj końca.

Trudne się wylosowało…

GH6FpVzXAAA6sZT

Oj, widywało się już łatwiejsze ścieżki awansu do poważnych turniejów (Fot. UEFA)

Francja, Anglia, Irlandia – tak prezentuje się ostatecznie zestaw rywalek, z którymi kadra Petera Gerhardssona zmierzy się w pierwszej fazie eliminacji do szwajcarskiego EURO. I gdyby analizować to losowanie z dzisiejszej perspektywy, to wiele przemawiałoby za tym, że przynajmniej dla nas kwalifikacyjne emocje wcale nie zakończą się latem, a o bilety do Bazylei, Zurychu, czy Berna będziemy się bić jeszcze w grudniowym mrozie. Jasne, nie jest to przesadnie zachęcająca wizja, ale nie ma co kryć, że to druga i trzecia obecnie drużyna rankingu FIFA jawią się jako może nie murowane, lecz jednak wyraźne faworytki do zajęcia w tej stawce dwóch pierwszych miejsc. A tylko te lokaty zapewniają awans do finałów bez konieczności rozgrywania mało przyjemnych, dwuetapowych baraży w jesienno-zimowej scenerii. Pewnym pocieszeniem może być tu dla nas fakt, że podczas kadencji obecnego selekcjonera akurat przeciwko Francuzkom grało się naszym kadrowiczkom zaskakująco dobrze, ale potyczki te odbyły się tak dawno, że w błyskawicznie zmieniającej się na naszych oczach futbolowej rzeczywistości, stanowią one już bardziej ciekawostkę niż realny punkt odniesienia. Zdecydowanie świeższe wspomnienia mamy natomiast z konfrontacji z angielskimi Lwicami i te obrazki nie są już delikatnie rzecz ujmując równie przyjemne. Bo choć po poniesionej w marnym stylu porażce 0-4 główną winowajczynią takiego stanu rzeczy ogłoszono publicznie Hedvig Lindahl, to w zasadzie cała szwedzka kadra zaprezentowała się wówczas na Bramall Lane zdecydowanie poniżej oczekiwań. A podopieczne trenerki Sariny Wiegman od tamtego czasu zdążyły wrzucić jeszcze wyższy bieg, o czym dopiero co boleśnie przekonały się na swojej skórze kolejno Austriaczki i Włoszki.

Trzeba uczciwie przyznać, że UEFA zadbała o to, aby najsilniejsze na papierze federacje miały na szwajcarskie boiska nieco łatwiejszą drogę. System rozstawienia, a także formuła dwumeczów na obu etapach baraży, w sposób ewidentny premiują potencjalnie mocniejszych, choć trzeba zaznaczyć, że jest w tym wszystkim jeden malutki haczyk. Otóż spadek reprezentacji Szwajcarii do niższej dywizji sprawił, iż na upragnione rozstawienie w decydującej rundzie kwalifikacji liczyć może jedynie siedem spośród ośmiu ekip ścieżki A. Innymi słowy, niebagatelnego znaczenia może nabrać tu naprawdę każdy punkt i każdy gol, bo zespół sklasyfikowany ostatecznie na lokacie numer 16 (czyli najsłabszy spośród tych, które zajmą w swoich grupach czwarte miejsca), skazuje się tym samym na zdecydowanie trudniejszego rywala w grze o awans do turnieju finałowego. Choć pozycji czerwonej latarni w każdej z grup uniknąć warto jeszcze dlatego, że wiąże się ona także z degradacją do dywizji B kolejnej edycji Ligi Narodów. Stworzony przez UEFA ekosystem zdaje się więc działać jak dotąd sprawnie i bez zarzutów, a liczba meczów rozgrywanych bez jakiejkolwiek realnej stawki rzeczywiście zredukowana została jedynie do niezbędnego minimum. Wracając jednak do baraży: o ile przejście ich pierwszego etapu dla każdej z obecnych w ścieżce A ekip wydaje się być li i wyłącznie mało ekscytującym obowiązkiem, o tyle kolejna faza to już możliwość zmierzenia się z takimi zespołami jak chociażby Serbia, Szkocja, czy Portugalia. Oczywiście, nie są to (jeszcze) rywale, przed którymi trzeba na samą myśl drżeć z przerażenia, ale o powtórce z bośniackiego spacerku w takim zestawieniu mowy na pewno nie będzie. Zanim jednak nadejdzie jesień, skupmy się jednak na wiośnie, wszak dopiero co dał nam przykład BK Häcken, jak skutecznie rywalizować z faworytkami z Anglii i Francji. Powtórka z rozrywki mile widziana i choć słowa wykonywanego przez Idę Redig hymnu aktualnych wicemistrzyń Szwecji odnoszą się rzecz jasna do czegoś zupełnie innego, to aż chciałoby się w kontekście nadchodzących eliminacji powiedzieć från Hisingen till framtiden.

A tak już całkowicie humorystycznie, warto odnotować, że oto kolejny raz losowanie marzeń trafiło się kadrze, która jak żadna inna zawodzi w ostatnim dziesięcioleciu przy niemal każdej nadarzającej się okazji. Trzeci koszyk ani trochę nie przeszkodził Norweżkom w uniknięciu wszystkich europejskich potęg i możemy chyba powoli przyjmować zakłady, że jeśli tylko drużyna prowadzona od niedawna przez Gemmę Grainger do finałów się zakwalifikuje, to niechybnie trafi podczas nich do grupy szwajcarskiej. A z dużym prawdopodobieństwem uświetni nam nawet mecz otwarcia, choć niekoniecznie sięgnie w nim po jakiekolwiek punkty. Cóż, jak zatem widać w życiu pewne są nie tylko śmierć, podatki i główki Lindsey Horan.

Filippa i cała reszta

GHcprNDXsAEQjWs

Rosa Kafaji asystuje, a Filippa Angeldal kończy niezwykle udany, reprezentacyjny tydzień w najlepszy możliwy sposób (Fot. Bildbyrån)

Pięć goli na treningowym stadionie bez trybun i jeszcze pięć na zdecydowanie bardziej efektownej sztokholmskiej Tele2 Arenie w obecności ponad jedenastu tysięcy widzów – pierwsze w tym roku zgrupowanie szwedzkiej kadry ewidentnie przebiegło zgodnie z uprzednio nakreślonym scenariuszem. Fakt, że lutowy dwumecz był w pewnym stopniu wyjątkowy, pośrednio potwierdził nawet sam Peter Gerhardsson, szczerze przyznając podczas jednej z konferencji, iż tym razem zdarzyło mu się złamać swoją niepisaną zasadę i jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zaplanować konkretne roszady zarówno taktyczne, jak i personalne. Współczesny futbol rozwinął się jednak do tego stopnia, iż nawet takie wydawałoby się letnie i pozbawione odpowiedniej temperatury potyczki mogą stanowić cokolwiek zadowalającą bazę do skrupulatnej analizy. Podstawowy, wynikający bezpośrednio z oficjalnego kalendarza FIFA wniosek jest oczywiście taki, że łatwo już było, a wraz z nadejściem kwietnia rozpoczynają się prawdziwe schody. Skoro jednak niełatwa wspinaczka ku finałom EURO ’25 tak czy inaczej nas czeka, to miło byłoby rozpocząć ją przynajmniej w niezłych nastrojach, co najwyraźniej kilka szwedzkich kadrowiczek wzięło sobie mocno do serca. I tym właśnie sposobem wyklarowała nam się lista mniej lub bardziej oczywistych zwyciężczyń lutowego okna reprezentacyjnego, na której nie mogło rzecz jasna zabraknąć obu piłkarek ze zdjęcia powyżej.


Plusy tygodnia:

Filippa Angeldal – solidna w starciu wyjazdowym, bliska perfekcji w sztokholmskim rewanżu. Druga najlepsza piłkarka Szwecji poprzedniego roku kalendarzowego ani myśli spuszczać z tonu, wysyłając kolejny, jasny sygnał, że już teraz jest gotowa do roli pierwszej rozgrywającej w podstawowym dla Gerhardssona ustawieniu 1-4-2-3-1. Jedynym, malutkim znakiem zapytania może być w kontekście najbliższych tygodni wyłącznie jej pozycja w drużynie klubowej. Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że wobec transferu Deyny Castellanos do Bay FC oraz ogromnego pecha Jill Roord, tercet Coombs – Hasegawa – Angeldal na dobre stanie się podstawowym wyborem Garetha Taylora. Walijski szkoleniowiec Manchesteru City zaskoczył jednak przesunięciem na dziesiątkę Jessiki Park, a manewr ten przyniósł tak wymierne efekty, że podobnego eksperymentu spróbowała na gruncie reprezentacyjnym również Sarina Wiegman. Ekipa z niebieskiej części Manchesteru wciąż pozostaje jednak w grze o trzy trofea na krajowym podwórku, w związku z czym o minuty dla naszej rozgrywającej możemy być względnie spokojni.

Nathalie Björn – jeszcze jedno nazwisko pokazujące, że ani trochę nie pomyliliśmy się w selekcji piątki nominowanych do zaszczytnego tytułu Szwedzkiej Piłkarki Roku 2023. Złośliwi wypomną oczywiście, że w rewanżu przytrafił się stoperce Chelsea niefortunny błąd, w wyniku którego swoją bramkową szanse mogła mieć Milena Nikolic, ale nawet oni muszą chyba przyznać, że na tę chwilę pochodząca z Uppsali 26-latka to najpewniejsza i najbardziej stabilna defensorka w talii Petera Gerhardssona. Jasne, Sembrant czy Ilestedt prawdopodobnie cały czas mogą dać kadrze minimalnie więcej przy okazji ofensywnych stałych fragmentów gry (choć i w tym konkretnym elemencie Björn coraz mniej im ustępuje), ale jeśli spojrzeć na parametry czysto defensywne oraz te bezpośrednio związane z rozgrywaniem piłki od własnego pola karnego, to tutaj nie ma już żadnych wątpliwości, gdzie powinniśmy szukać obecnie numeru jeden. Ale skoro jesteśmy już przy formacji defensywnej, to warto dostrzec i pochwalić również dwa bardzo solidne występy doświadczonej Sembrant, dla której było to zdecydowanie najbardziej udane zgrupowanie kadry od dłuższego czasu.

duet z Häcken – Rosa Kafaji na swoją realną szansę w kadrze czekała niezwykle długo i cierpliwie, ale gdy ten moment wreszcie nadszedł, to jej pierwszy, reprezentacyjny występ w wyjściowej jedenastce okazał się przede wszystkim pasmem niekończących się frustracji. Owszem, było kilka udanych dryblingów, zdarzyła się też potężna bomba w poprzeczkę bośniackiej bramki, ale ogólny obraz był wyraźnie odmienny od tego, który towarzyszył nam podczas oglądania popisów dwudziestolatki z Hisingen chociażby w fazie grupowej tegorocznej Ligi Mistrzyń. Na szczęście, okazja do poprawki nadeszła nadzwyczaj szybko, a w swoim rodzinnym Sztokholmie Kafaji była już niemal nie do zatrzymania. Gol, asysta, udział przy jeszcze jednym trafieniu i… wierzymy, że niejako przy okazji zrzucona w ten sposób z barków presja ogromnych oczekiwań licznych kibiców czy komentatorów. A bez niej, o czym doskonale wiemy, każdemu gra się zdecydowanie łatwiej. Swoją pieczątkę na obu lutowych wiktoriach z naprawdę efektownym stylu postawiła także druga z liderek ofensywy Häcken Anna Anvegård. Dwukrotna królowa strzelczyń Damallsvenkan pokazała, że w roli cofniętej napastniczki potrafi doskonale odnaleźć się także w warunkach reprezentacyjnych, a na nadmiar ciekawych opcji w tym akurat sektorze boiska w najbliższej przyszłości narzekać z pewnością nie będziemy.

koncepcja otwartych drzwi – punkt najważniejszy, ale zarazem i najbardziej kontrowersyjny. Nikt nie zamierza podważać tu oczywistego faktu, że futbol to prawdopodobnie najbardziej zespołowy spośród wszystkich sportów drużynowych, ale jednak nawet w takich okolicznościach warto czasami wyjść poza własną strefę komfortu i zobaczyć, jakie efekty to przyniesie. Dziś, bogatsi o wiedzę z minionego tygodnia, możemy powiedzieć już, że krokiem we właściwym kierunku okazało się postawienie na ofensywne duety z Häcken oraz Fiorentiny. Sportowo zdecydowanie obroniła się ponadto Matilda Vinberg, a po lewej stronie trzyosobowego bloku defensywnego z niezłej strony pokazała się Amanda Nildén. Otrzymanej w Zenicy szansy w pełni nie wykorzystała za to Hanna Lundkvist, ale nie oznacza to bynajmniej, że już teraz najeży z tej konkretnej zawodniczki w jakikolwiek sposób definitywnie rezygnować. Co więcej, wciąż czekamy na efektowne wejście do kadry takich nazwisk jak Evelyn Ijeh, czy młodsza z sióstr Nildén, jeżeli tylko jej przywitanie z Damallsvenskan okaże się choćby w połowie tak spektakularne, jak oczekują tego wszyscy fani z Hisingen. W tym wszystkim nie chodzi jednak tyle o konkretne piłkarki, co o uniknięcie doskonale znanego nam z drugiej połowy kadencji Pii Sundhage syndromu zamkniętych drzwi. Jeżeli selekcjoner ma przekonanie na przykład do Hanny Bennison – bardzo proszę, jego prawo. W takim jednak razie liczyłbym na to, że pomocniczka Evertonu nie będzie dłużej kolekcjonowała kolejnych epizodów na wzór zawodowych, trzecioplanowych aktorek z kalifornijskich produkcji filmowych, a zamiast tego otrzyma realną szansę międzynarodowej weryfikacji (dokładnie tak, jak miało to miejsce przed kilkoma dniami). Swoją drogą, trochę szkoda, że przy okazji dwumeczu z Bośnią niepodważalną pozycję na dziewiątce miała Stina Blackstenius, bo aż prosiło się o to, aby właśnie teraz poszukać tu innej, alternatywnej koncepcji. Potencjalne potyczki z rywalkami pokroju Hiszpanek lub Angielek podobnym eksperymentom sprzyjać będą już bowiem zdecydowanie mniej, gdyż przeciwniczki lubiące i potrafiące rozgrywać między sobą futbolówkę wydają się być skrojone niemal idealnie pod profil snajperki Arsenalu, której obecność w wyjściowym składzie byłaby akurat wtedy całkowicie uzasadniona.