Dzień jeden w roku

hifbkh

Zwycięstwo w meczu dekady smakuje jeszcze lepiej na wypełnionej niemal po brzegi Tele2 Arenie (Fot. Hammarby IF)

Stali bywalcy tej witryny doskonale zdają sobie sprawę z tego, że na co dzień staramy się unikać tutaj skrajnych emocji i nazbyt mocnych słów. Wiadomo, epoka wszechobecnego clickbaitu rządzi się swoim prawami, ale na szczęście wciąż istnieją miejsca, gdzie szacunek do czytelnika ceni się zdecydowanie wyżej niż licznik odsłon. I to przede wszystkim z tego powodu niezwykle rzadko przeczytacie tu o meczach roku, transferach stulecia, czy hiper-super-sensacyjnych rozstrzygnięciach, które w równoległej rzeczywistości dziwnym trafem zdarzają się po kilka razy w tygodniu. Czasami jednak nadchodzi taki dzień i takie wydarzenie, że nawet najbardziej doniosłe słowa zdają się być jak najbardziej na właściwym miejscu. I nie ma co ukrywać, że dzisiejsze starcie na wypełnionej ponad piętnastoma tysiącami widzów Tele2 Arenie w Sztokholmie, było dokładnie takim wyjątkiem. Bo biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, na mecz o zbliżonej randze szwedzka piłka klubowa czekała aż jedenaście długich lat. Jesienią 2012 w bezpośredniej potyczce o tytuł zmierzyły się ekipy z Malmö i Tyresö, a dziś przyszło nam emocjonować się rywalizacją piłkarek Hammarby oraz Häcken. I choć widowiska te różniły się od siebie niemal wszystkim, to nietrudno odnaleźć w nich jeden element wspólny: w obu przypadkach zespół ze stolicy okazywał się ostatecznie o jedno trafienie lepszy.

Tym razem nie było jednak mowy o żadnym zachowawczym 1-0, a prawdziwe emocje rozgorzały na dobre zanim wszyscy kibice zdążyli jeszcze zająć na trybunach przypisane im miejsca (z powodu długich kolejek do stadionowych kołowrotków pierwszy gwizdek i tak opóźniono o kilkanaście minut). Pozytywnie naładowanym gospodyniom wystarczyło bowiem zaledwie dziewięćdziesiąt sekund, żeby Smilla Vallotto zagrała świetną, prostopadłą piłkę, a Madelen Janogy sprytnie dała się powalić w szesnastce gościń Marice Bergman Lundin. Protesty ławki rezerwowych z Hisingen nie przyniosły wiele pożytku, sędzia Lovisa Johansson bez wahania wskazała na wapno, a próbę nerwów z Jennifer Falk kapitalnie wytrzymała Eva Nyström. Szybko stracony gol ani trochę nie podłamał jednak podopiecznych trenera Maka Linda i jeszcze przed upływem inauguracyjnego kwadransa dwie wyborne okazje do wyrównania stanu rywalizacji miała Anna Anvegård. Za pierwszym razem na drodze do pełni szczęścia stanął jej jednak słupek, a za drugim – zresztą nie po raz ostatni tego wieczora – rewelacyjna Anna Tamminen. Sam mecz niezmiennie toczył się jednak na niespotykanej często w Damallsvenskan intensywności, a okazje tworzone były z mniej więcej zbliżoną częstotliwością pod obiema bramkami. Z tą jednak różnicą, że o ile gościnie nijak nie potrafiły skierować futbolówki do siatki, o tyle zawodniczki Bajen czyniły to z chirurgiczną wręcz precyzją. Na 2-0 podwyższyła rozgrywająca do tego momentu pierwszoplanową partię Madelen Janogy, a trzeci cios niedługo później wyprowadziła przytomnie podłączająca się do akcji na lewym wahadle Jonna Andersson, korzystając zresztą z równie przemyślanego odegrania Ellen Wangerheim. Stadionowy zegar wskazywał wówczas 23. minutę, a Häcken, który przyjechał do Sztokholmu przypieczętować drugi w historii klubu mistrzowski tytuł, ewidentnie znalazł się na deskach, sprawiając przy tym wrażenie wyraźnie zamroczonego.

Jeśli jednak jest w naszej lidze klub, dla którego sytuacje beznadziejne po prostu nie istnieją, to szukać należy go właśnie w Hisingen. Wicemistrzynie Szwecji przecież dopiero co dwukrotnie odwracały losy rywalizacji w eliminacjach Ligi Mistrzyń, więc i tym razem – zamiast lamentować – postanowiły błyskawicznie zabrać się do odrabiania strat. Taktyczna zmiana Katariiny Kosoli na Elmę Nelhage, płynne przejście na ustawienie z trójką stoperek, Bergman Lundin rehabilitująca się za trochę nieprzemyślany faul z drugiej minuty i Hanna Wijk precyzyjnie, choć nieco szczęśliwie pakująca piłkę do siatki pod brzuchem Tamminen – tak wyglądała w telegraficznym skrócie odpowiedź Os z Västergötland. A będąc nieco bardziej precyzyjnym: jej pierwsza część, ponieważ Häcken nie zamierzało zadowalać się honorowym trafieniem na 1-3. Jeszcze przed przerwą upragniony kontakt mogła dać swojej drużynie Rosa Kafaji, ale i ona obiła jedynie słupek sztokholmskiej bramki. Początek drugiej połowy to znów optyczna przewaga gościń, choć piłkarkom trenera Pinonesa-Arce stosunkowo długo udawało się wybijać rozpędzające się rywalki z optymalnego z ich perspektywy rytmu. Błyskawicznie zauważył to Mak Lind, a jego reakcją było zastąpienie Kafaji oraz Felicii Schröder dwójką dynamicznych skrzydłowych w osobach Aishy Masaki i Moniki Jusu Bah. Coraz bardziej zmęczone piłkarki Hammarby miały olbrzymie trudności ze zneutralizowaniem funkcjonującej na niesamowicie wysokich obrotach maszyny z Hisingen, choć Simone Boye do spółki z Alice Carlsson znów robiły naprawdę wiele, aby skutecznie czyścić przedpole bramki Anny Tamminen. Bywało jednak, że w drodze po upragnione zwycięstwo ponownie trzeba było liczyć na przychylność fortuny, a ta – zupełnie jak kilkadziesiąt minut wcześniej – raz jeszcze uśmiechnęła się do zawodniczek z Södermalm, gdy więcej niż stuprocentowej okazji nie wykorzystała Jusu Bah. Rezerwowa Häcken swoje i tak zdążyła jeszcze zrobić, gdyż to właśnie jej centra na głowę Masaki sprawiła, że w sektorze gości na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry znów zaczęła tlić się nadzieja. Zawodniczkom z zachodniego wybrzeża do zachowania jak najbardziej korzystnego z ich punktu widzenia statusu quo wystarczał przecież remis, a od tej chwili dzielił je od niego zaledwie jeden gol. A ten najpewniej padłby po sytuacyjnym strzale Anny Sandberg, z którym jednak w sobie tylko znany sposób poradziła sobie Tamminen. I raz jeszcze, zupełnie jak w meczach przeciwko Djurgården, Uppsali, Rosengård, Kristianstad i wielu, wielu innych, rywalki Hammarby w najważniejszym momencie meczu odbiły się od fińskiej ściany, a zamiast koronacji mieliśmy na koniec piłkarskiego weekendu zmianę na fotelu liderek. I bez względu na to, co wydarzy się w najbliższą sobotę, chyba nikt nie ma wątpliwości, do kogo powinna trafić w bieżącej kampanii statuetka MVP.

Na innych arenach:

Jako się rzekło, mecz dekady nie trafie się co tydzień, ale na innych ligowych arenach także działo się w ostatnich godzinach całkiem sporo. A skoro tak, to czas na subiektywny speedrun po najciekawszych wydarzeniach, które mogły was ominąć, gdy na przykład byliście w drodze na Tele2 Arenę:

Czas wzruszających pożegnań w Kristianstad. Po kilkunastu latach w pomarańczowych barwach z klubem ze wschodniej Skanii rozstają się Mia Carlsson, Therese Ivarsson oraz trenerka Elisabet Gunnarsdottir. Terminarz ułożył się o tyle ciekawie, że ostatnim domowym meczem było dla wspominanej trójki derbowe starcie z Rosengård, a każdy wynik poza porażką miejscowych oznaczał, że Kristianstad po raz pierwszy w historii zakończy rozgrywki wyżej od zdecydowanie bardziej utytułowanego, lokalnego rywala. Bardzo długo zanosiło się jednak, że przyjezdne z Malmö skutecznie wcielą się w rolę party poopers, a to wszystko za sprawą akcji nieco zapomnianego tej jesieni duetu Olivia Schough – Jessica Wik. Tuż przed końcem spotkania do remisu strzałem głową doprowadziła jednak Emmi Alanen, a uczyniła to w stylu tak efektownym, że choćby dla tej jednej akcji warto odwinąć sobie derbowy skrót.

Örebro zostaje w Damallsvenskan na kolejny rok (no, chyba że komisja licencyjna zdecyduje inaczej)! Nieco ponad trzy miesiące temu Audrey Harding lamentowała, że futbol to bardzo niesprawiedliwa dyscyplina sportu, a inspiracją do wygłoszenia tej odważnej skądinąd tezy był fakt, że Uppsala wywiozła z Behrn Areny komplet punktów, choć z przebiegu gry ani trochę na to nie zasługiwała. Od tamtych chwil minęło jednak trochę czasu, w Svartån zdążyło już upłynąć trochę wody, a my ponownie przekonaliśmy się, że z tym futbolowym bilansem szczęścia i pecha koniec końców wychodzi najczęściej na zero. Tym razem role całkowicie się bowiem odwróciły i to Örebro cieszyło się ze zwycięstwa w meczu, którego w teorii wygrać nie miało prawa. A w pomeczowym wywiadzie to Agnes Nyberg mogła jedynie zastanawiać się dlaczego po strzałach Danielsson i Sarjanoji futbolówka wtaczała się do siatki, a po równie dopieszczonych próbach Ries i Folkesson fani w Uppsali jedynie z niedowierzaniem łapali się za głowy.

W Piteå spadły już pierwsze, listopadowe śniegi, a na LF Arenie ekipa Stellana Carlssona wzorowo wypunktowała Brommę. Nieoczywistą bohaterką Norrbotten została tym razem Selina Henriksson, która miała bezpośredni udział przy obu ustawiających mecz golach w pierwszej połowie. Ci, którzy czekali przede wszystkim na błysk geniuszu Anam Imo, także się doczekali, a największą beneficjentką powstałego w ten sposób zamieszania okazała się Emma Viklund, gdyż to jej strzał do pustej już bramki gościń ze Sztokholmu ustalił wynik meczu na 3-0. Taki rezultat na dalekiej Północy oznaczał, że pewne pierwszoligowego bytu mogło być też Växjö. Podopieczne Olofa Unogårda nie chciały jednak polegać wyłącznie na innych, a utrzymanie w krajowej elicie przypieczętowały zwycięstwem 2-0 nad stołecznym Djurgården. Co ciekawe, spotkanie w Småland jeszcze przed przerwą przerwano na niemal pół godziny z powodu alarmu przeciwpożarowego, ale nieplanowana pauza ani trochę nie przeszkodziła Amerykance Larkin Russell w ustrzeleniu efektownego dubletu. Przy pierwszym golu asystowała jej znajdująca się jesienią w wybornej dyspozycji Tilde Johansson, a trafienie numer dwa to już efektowna bomba bezpośrednio z rzutu wolnego, z którą nie poradziła sobie jej rodaczka Katelin Talbert.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Awans, który nadszedł zbyt szybko

contentmedium

Trelleborg już za kilka miesięcy stanie się kolejnym pierwszoligowym miastem na piłkarskiej mapie Szwecji (Fot. Johanna Wallén)

Historia futbolu zna wiele przypadków, w których ambitny, długofalowy projekt udawało się ostatecznie zrealizować przed planowanym terminem. Ten najbardziej sztandarowy przykład to oczywiście słynna, japońska strategia Nadeshiko Vision, choć i na krajowym podwórku też mieliśmy przecież konsekwentnie wspinające się po ligowej drabinie ekipy z Växjö czy Norrköping, którym przyszło zasmakować pierwszoligowej piłki dokładnie dwanaście miesięcy wcześniej niż w swoich najbardziej optymistycznych założeniach przewidywali to klubowi włodarze. Wydarzenia te nieprzypadkowo przywołujemy akurat dziś, bo oto na boiskach Elitettan właśnie wydarzył się kolejny awans, którego u progu obecnego sezonu nikt raczej nie prognozował. Nikt z wyjątkiem piłkarek z Trelleborga, które zaledwie rok temu cieszyły się z perspektywy gry na szczeblu centralnym i odważnie zapowiadały, że w roli beniaminka postarają się odcisnąć na drugoligowym pejzażu swoją pieczęć. Mało kto przypuszczał jednak, iż okaże się ona aż tak wyraźna, że już wiosną 2024 będziemy mogli zaprosić wszystkich na premierową relację z meczu Damallsvenskan rozgrywanego w pięknym, portowym mieście południowej Skanii, które dotąd kojarzyło się raczej z wszechobecnymi promami, czy jedynym w kraju pełnowymiarowym torem kolarskim zlokalizowanym w całości na świeżym powietrzu. Już za kilka miesięcy krajobraz ten uzupełni także pierwszoligowa drużyna piłkarska i trzeba przyznać, że jest to perspektywa cokolwiek ekscytująca nie tylko dla fanów z Trelleborga i okolic.

Możemy spodziewać się, że jak to często w przypadku promocji do najwyższej klasy rozgrywkowej bywa, kadrę TFF czeka zimą całkiem solidna przebudowa. Warto jednak przyjrzeć się zawodniczkom, które do wywalczenia historycznego awansu dołożyły chyba największą cegiełkę. Choć oczywiście jak zawsze zastrzegamy, że jest to wybór całkowicie subiektywny, gdyż w jednym z najbardziej zespołowych sportów żaden sukces nie byłby możliwy bez wysiłku całej drużyny. Skoro jednak czas na rozdawanie indywidualnych laurek, to jedna z nich bez wątpienia powinna powędrować w ręce Eliny Lenir. 23-letnia skrzydłowa ma już za sobą krótką, pierwszoligową przygodę w barwach Limhamn Bunkeflo, a jej ostatnie występy (okraszone zresztą nagrodą dla Zawodniczki Miesiąca) sugerują, że bardzo chętnie sprawdziłaby się na tym poziomie raz jeszcze, choć tym razem już w zdecydowanie bardziej eksponowanej roli. Najlepszą strzelczynią zespołu z Trelleborga w trwających jeszcze rozgrywkach jest dwudziestoletnia Alice Egnér, choć w południowej Skanii chyba jeszcze większe nadzieje wiąże się z obdarzoną niespotykanym wprost instynktem strzeleckim charyzmatyczną i trochę nieobliczalną (w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu) Rio Strand. Jak to często w sporcie bywa, wielkich wyników nie byłoby bez solidnej defensywy, a tę formację TFF trzymają w ryzach takie osobowości jak wychowanka FC Rosengård Edina Filekovic, czy mająca w swoim piłkarskim CV epizod w duńskim Brøndby Saga Ollerstam. Do tej układanki koniecznie powinniśmy dorzucić także Linnéę Prambrant, której historia – mocno naznaczona niestety poniesionymi z dala od sportowych aren traumami – niedawno znalazła się na czołówce jednego z najbardziej poczytnych szwedzkich dzienników. Pieczę nad ambitną i najwyraźniej nieuznającą kompromisów kadrą od pewnego czasu niezmiennie sprawuje 44-letni szkoleniowiec Joakim Gunnar Felldin, który powoli wyrasta nam na kolejnego po Olofie Unogårdzie narodowego specjalistę od awansów. A w związku z powyższym nadszedł chyba odpowiedni czas, aby zakrzyknąć tradycyjne:

Trelleborgs FF – witamy w Damallsvenskan!


Co ciekawe, znamy już także komplet zespołów, które w obecnych rozgrywkach okazały się najlepsze w każdej z grup na trzecim poziomie rozgrywkowym, wywalczając sobie w ten sposób prawo gry na szczeblu centralnym na wiosnę 2024. W gronie tym nie brakuje wielkich nazw, gdyż w grupie północnej bezkonkurencyjne okazały się zawodniczki Sunnanå SK (jak dotąd 32 sezony na poziomie Damallsvenskan), zaś na południu bez straty choćby jednego punkcika od zwycięstwa do zwycięstwa kroczyły piłkarki Malmö FF. Zdecydowanie najwięcej emocji przyniosła nam rywalizacja w grupie centralnej, gdzie dopiero ostatnia seria spotkań przesądziła o tym, że to atakujące z pozycji wiceliderek Örebro SK mogło otwierać szampany i zakładać okolicznościowe koszulki. Dla porządku dodajmy jeszcze, że na drugiej pozycji do ligowej mety dobiegły takie zespoły jak Team TG FF (Północ), Smedby AIS (Centrum) oraz IFK Göteborg (Południe). W teorii lokata ta nie gwarantuje oczywiście awansu szczebel wyżej, lecz doskonale wiemy, że w najbliższych tygodniach do gry wejdzie komisja licencyjna, a jej decyzje już wielokrotnie modyfikowały nam skład poszczególnych lig, sprawiając jednocześnie, że w niektórych ośrodkach trzeba było w trybie więcej niż pilnym modyfikować zimową strategię działania. Możemy zatem spodziewać się, że sportowych emocji także i w tym roku nie zabraknie również z dala od zielonej murawy.

Liga Narodów – po kolejce (3-4)

uwnl


Wydarzenia tygodnia

Jeżeli myślicie, że październikowe okienko reprezentacyjne było niekończącym się pasmem rozczarowań dla całej, piłkarskiej Szwecji, to zdecydowanie nie macie w tej kwestii racji. Jest bowiem przynajmniej jeden Szwed, który z pełną odpowiedzialnością może zamknąć przedostatnie w tym roku zgrupowanie z poczuciem dobrze wykonanego zadania, choć niezatapialna Jess Fishlock postarała się, aby i on w halloweenowy wieczór najadł się trochę strachu. Mowa tu rzecz jasna o selekcjonerze reprezentacji Danii Andrée Jeglertzu, który w nowej dla siebie roli czuje się na tyle znakomicie, że właśnie dopisał do swojego trenerskiego CV dwa kolejne zwycięstwa w Lidze Narodów. Co istotne, oba odniesione pod nieobecność swojej największej gwiazdy, ale okazuje się, że Duński Dynamit A.D. 2023 potrafi wystrzelić nawet bez zdrowej Pernille Harder w składzie. Kibiców z Östergötland z pewnością ucieszy fakt, że tym razem bohaterkami reprezentacji zostały odpowiednio Amalie Vangsgaard oraz Sofie Bredgaard, czyli piłkarki, które – podobnie zresztą jak Harder – swoje pierwsze kroki w poważnym futbolu stawiały właśnie w Linköping. Komplet dwunastu punktów wcale nie gwarantuje jeszcze Dunkom udziału w turnieju finałowym, gdyż po piętach mocno depczą im również bezbłędne w minionym tygodniu Niemki. Dwukrotne mistrzynie świata od kilku tygodni prowadzone są przez doświadczonego Horsta Hrubescha, który w DFB nie bez powodu uchodzi za człowieka od zadań specjalnych. 72-letni selekcjoner swego czasu doprowadził do finału Igrzysk Olimpijskich męską reprezentację Niemiec i z pewnością nie obraziłby się, gdyby za rok we Francji przyszło mu przeżywać podobne emocje. Taką szansę zapewni mu jednak wyłącznie minimum dwubramkowe zwycięstwo nad rozpędzoną Danią Jeglertza, a bezpośrednie starcie liderek z wiceliderkami grupy A3 odbędzie się 1. grudnia w nadbałtyckim Rostocku.

Gdy na początku roku Angielki zapakowały mocno skonfundowanym Belgijkom sześć goli w meczu towarzyskim (a potyczka ta spokojnie mogła zakończyć się dwucyfrówką), nikt nie miał wątpliwości, że na tamten moment obie te reprezentacje dzieliły dosłownie lata świetlne. Minęło jednak siedem miesięcy i po tamtej deklasacji nie było już śladu, a ambitne piłkarki z Beneluksu pokazały, że wrześniowe zwycięstwo nad Holandią wcale nie było wyłącznie jednorazowym wyskokiem. Oczywiście, podopieczne Sariny Wiegman dominowały na boisku zarówno w Leicester, jak i w Leuven, ale ani w miniony piątek, ani dziś nie mieliśmy poczucia, że oto na murawie zderzają się zespoły z dwóch różnych sportowo światów. I nawet jeśli jak najbardziej słusznie najwięcej będzie mówić się w najbliższych godzinach o Nicky Evrard, to na równi z rezerwową golkiperką Brightonu bohaterkami belgijskiej kadry zostały także legendarna Tessa Wullaert, rosła stoperka Anderlechtu Laura De Neve, czy tez odkrywająca nową dla siebie pozycję na boisku Tine De Caigny. Niespodziewane potknięcie mistrzyń Europy w stu procentach wykorzystały Holenderki, które rozsiadły się na fotelu liderek po dwóch zwycięstwach nad zawsze niewygodną Szkocją. W domowym meczu różnicę na korzyść Pomarańczowych Lwic zrobiła przede wszystkim szybka niczym błyskawica Lineth Beerensteyn, w rewanżu zaś autorką gola na wagę trzech punktów okazała się dwudziestoletnia Esmee Brugts. Jak zatem widać, w Holandii też da się dokonać pokoleniowej ewolucji, na której najważniejsza drużyna w kraju może tylko i wyłącznie skorzystać.

Nad reprezentacją Norwegii pastwiliśmy się ostatnimi czasy niemiłosiernie, ale chyba sami przyznacie, że zawodniczki z tego kraju jak nikt inny dostarczały nam w tej materii mnóstwo materiału do analizy. Tym razem jednak wysyłamy podopiecznym Leifa Gunnara Smeruda małego plusika na zachętę, gdyż z trudnego terenu w Reims udało im się po dramatycznej walce wywieźć bezbramkowy remis, dzięki czemu rywalizacja o zwycięstwo w każdej z grup Ligi Narodów przedłużyła nam się do grudnia. Inna sprawa, że dzisiejszy wynik jest dla naszych sąsiadek mocno szczęśliwy, gdyż w samym tylko ostatnim kwadransie obramowanie bramki Aurory Mikalsen obijały kolejno Sandy Baltimore, Amandine Henry oraz Eugenie Le Sommer. Napierającym z coraz większą furią Francuzkom futbolówka do siatki wpaść jednak wyjątkowo nie chciała, wyrównując niejako rachunki za piątkowe starcie na Ullevaal w Oslo. Wtedy bowiem Norweżki były długimi fragmentami zdecydowanie bardziej równorzędnymi rywalkami dla Les Bleues, ale swoje zrobiła Wendie Renard i skończyło się dokładnie tak, jak zazwyczaj w analogicznych sytuacjach. Z dużym zaciekawieniem wyczekiwaliśmy także dwumeczu portugalsko-austriackiego i on również ani trochę oczekiwań nie zawiódł. To znaczy, boiskowej walki było zdecydowanie więcej niż piłkarskich fajerwerków, ale obie ekipy ewidentnie wyszły na murawę świadome stawki, o jaką toczy się gra, dzięki czemu zgadzała się przede wszystkim intensywność. Po ostatnim gwizdku powody do zadowolenia miały jednak wyłącznie podopieczne trenerki Irene Fuhrmann, które w obu przypadkach okazywały się o jedno trafienie lepsze od przeciwniczek z Półwyspu Iberyjskiego. A tak bez żadnego trybu dodamy jeszcze, że jedną z kluczowych postaci tej rywalizacji okazała się Eileen Campbell, czyli najwyraźniej w Austrii też można.

O naszej grupie zdecydowanie szerzej piszemy osobno, ale dla porządku raz jeszcze chylimy czoła przed mistrzyniami świata, liderkami rankingu FIFA i kadrą, która ma wszystko, aby na lata stać się wiodącą siłą w europejskim futbolu. Bo nawet jeśli Szwajcarki rzeczywiście są najsłabszą drużyną tegorocznej Ligi Narodów, to jednak zawodniczki La Roja przejechały się po nich tak bezlitośnie, że aż chwilami robiło się tych całkowicie zagubionych Helwetek żal. Zdecydowanie trudniej przyszło za to faworytkom grupy A4 zwycięstwo we Włoszech, bo Azzurre – zupełnie jak cztery dni później w Malmö – przetrwały z czystym kontem po stronie strat aż do dziewięćdziesiątej minuty. W obu przypadkach włoską defensywę ostatecznie pogrążył jednak gol autorstwa niezwykle rutynowanej piłkarki: w starciu z Hiszpanią rola ta przypadła Jennifer Hermoso, zaś w rywalizacji ze Szwecją – Lindzie Sembrant.


Grupa A1

a1

a2


Grupa A2

b1

b2


Grupa A3

c1

c2


Grupa A4

d1

d2