Finałowe odliczanie

f0078893-b910-4970-9e28-621572c4cd1a

21. lipca 2021 – pamiętacie ten dzień? (Fot. Daniel Stiller)

Od chwili, w której na dobre rozpoczęliśmy wspólne, mundialowe odliczanie, zdecydowanie najważniejsza była dla nas niezmiennie jedna data. I wbrew pozorom nie był to ani dzień meczu otwarcia, ani termin ewentualnego finału, lecz kompletnie niepozorny 6. sierpnia. Od początku było bowiem jasne, że to właśnie wtedy albo szeroko otworzą się przed nami wrota prowadzące wprost do najlepszej czwórki turnieju, albo sen o złotym medalu dla złotego pokolenia już na zawsze pozostanie jedynie niezrealizowanym nigdy marzeniem. I choć bez względu na końcowe rozstrzygnięcie będę upierał się, że najbardziej utalentowana w historii generacja szwedzkich piłkarek i tak zejdzie ze sceny spełniona, to brak tego najbardziej pożądanego w futbolowych realiach tytułu może po latach stanowić poważny argument dla tych, którzy będą próbowali podważyć jej wyjątkowość. Póki co o zapisywaniu się w annałach nikt jednak specjalnie nie myśli, bo tu i teraz do wykonania jest robota. Całkiem zresztą poważna, gdyż nie ma ani krzty przypadku w tym, że jutro na murawę Rectangular Stadium w australijskim Melbourne z zaciekawieniem spoglądać będą nie tylko zagorzali kibice, ale również ci, którzy na co dzień niekoniecznie interesują się tym, że Vittsjö ograło Kristianstad, a Racing Louisville zremisował z Houston Dash. Piłkarskie reprezentacje Szwecji oraz USA to jednak na tyle uznane marki, że ten fakt nikogo chyba już nie dziwi. Podobnie jak to, że w wielu szwedzkich domach leniwy, niedzielny poranek upłynie nie tylko pod znakiem kawy, cynamonki czy owsianki, ale i krótkiej choćby dyskusji na temat szans kadrowiczek Gerhardssona w rywalizacji z obrończyniami tytułu. A te wydają się być… mocno nieoczywiste.

Jasne, gdyby wsłuchać się w media zza Atlantyku, ze szczególnym uwzględnieniem tych branżowych, to można odnieść wrażenie, że Amerykanki w ogóle nie mają po co wychodzić jutro na boisko. Jedni grzmią, że najjaśniejszym punktem kadry USA na mundialu jest póki co słupek, inni domagają się honorowej dymisji selekcjonera Andonovskiego, a Carli Lloyd zdążyła już chyba zroastować każdego, kto w ostatnich dniach znalazł się w jej polu widzenia. Swoją drogą, wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której Lloyd i Kosovare Asllani łączą siły i wspólnie otwierają w mediach społecznościowych kanał w konwencji soccer commentary? Okej, pojawiające się na nim treści nie mieściłyby się raczej w widełkach family friendly, ale hałas niewątpliwie byłby regularnie robiony. Niekoniecznie rzecz jasna w słusznej sprawie i niekoniecznie w zgodzie z niepisanymi zasadami etyki, ale obie panie doskonale zdają się rozumieć realia showbizu, który nota bene z zadziwiającą łatwością zdarza się im krytykować. Oczywiście wyłącznie wtedy, kiedy jest to z ich perspektywy wygodne. Wróćmy jednak może do sportu, bo o ile bohaterka finału MŚ sprzed ośmiu lat swoim koleżankom na boisku już niestety nie pomoże, o tyle w przypadku Kosse mocno trzymamy kciuki za występ godny bycia jedną z naszych liderek. Rekonwalescentka z włoskiego Milanu za kadencji Gerhardssona jak dotąd zaliczała bowiem wyłącznie niezwykle udane turnieje, a faza grupowa mundialu w Nowej Zelandii okazała się w jej wykonaniu mocno rozczarowująca. Jak już jednak się przełamywać, to właśnie w takich chwilach, bo akurat Asllani wielkie mecze lubi i jak najbardziej potrafi w nich grać. Podobnie zresztą jak Stina Blackstenius, której amerykański styl pasować powinien zdecydowanie bardziej niż chociażby ten argentyński. I są to informacje jak najbardziej pozytywne, choć nie na tyle, abyśmy na dzień przed mieli czuć się jakoś szczególnie spokojnie.

Prawda jest bowiem taka, że choć Portugalki rzeczywiście miały w rywalizacji przeciwko USA piłkę meczową na nodze Any Capety, to przez ponad dziewięćdziesiąt minut nie udało im się oddać choćby jednego celnego strzału na bramkę Alyssy Naeher. I nawet jeśli bez jakichkolwiek polemik zgadzamy się z tym, że czterokrotne mistrzynie świata na Antypodach jak dotąd głównie rozczarowują, to jednak w starciach zarówno z Holandią, jak i z Portugalią to one były zdecydowanie bliżej sięgnięcia po komplet punktów niż ich rywalki. Tak, skala dominacji nie była nawet bliska obrazkom, które pamiętamy sprzed dekady, ale nazywanie Amerykanek mianem one trick pony lub głośne sugerowanie, że poza fizycznością i wybieganiem nie mają one absolutnie nic do zaoferowania jest równie nierozsądne, co niesprawiedliwe. Zostawmy już nawet wciąż potrafiące pozytywnie zaskoczyć doświadczone liderki, bo wystarczy obejrzeć kilka meczów z udziałem Naomi Girmy, Sophii Smith, czy nawet nastoletniej Alyssy Thompson, aby zrozumieć, z jak gigantycznym potencjałem mamy tu do czynienia. Ta drużyna nieprzypadkowo znalazła się dokładnie tam, gdzie jest i nawet jeśli miłość przyzwyczajonych do mniej lub bardziej gładkiego wygrywania fanów została aktualnie wystawiona na niezwykle trudną próbę, to maszyna o nazwie USWNT wciąż potrafi w dowolnym momencie wskoczyć na naprawdę wysokie obroty. Tak może być również i jutro, a my musimy nie tylko być na to gotowi, ale mieć w zanadrzu swoją, równie konkretną odpowiedź. Bo w przeciwnym razie to dla nas ta cudowna, mundialowa podróż może zakończyć się przedwczesnym zjazdem do bazy.

Pewną nowością jest to, że chyba po raz pierwszy w historii tuż przed rywalizacją z USA większość futbolowej społeczności to w naszych piłkarkach upatruje faworytek tej potyczki, choć w sumie nie wiadomo właściwie dlaczego. Bo czy podopieczne Gerhardssona dały swoimi ostatnimi występami realny impuls uprawniający do wyciągnięcia właśnie takich wniosków? Mocno wątpliwe. Mecz przeciwko RPA to niepewna Musovic, gol stracony po kompletnie nieodpowiedzialnym zachowaniu obrończyń, nieporadność i niedokładność drugiej linii i wreszcie sławetne już trzynaście wrzutek na głowę Ilestedt. Włochy? Fajnie, że udało się odpowiednio zareagować na boiskowe wydarzenia w okolicach dwudziestej minuty, a że tego dnia wpadało nam prawie wszystko, to skończyło się wysokim i nawet przyjemnym dla oka zwycięstwem. Spotkanie z Argentyną było za to klasyczną grą na zaliczenie i uniknięcie niepotrzebnych problemów i ten cel udało się ostatecznie osiągnąć, strzelając przy okazji niezwykle efektywnego gola na 1-0. Podsumowując, nie była to absolutnie faza grupowa, której powinniśmy się wstydzić, ale zbyt wielu podstaw do przesadnego triumfalizmu czy hurraoptymizmu również nam ona nie dostarczyła. Podobnie zresztą było w meczach przygotowawczych, bo o ile w Duisburgu Rolfö i spółka zagrały nam przepiękny koncert, o tyle kwietniowe, skandynawskie derby sprawiły, że pytań znów pojawiło się zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. Prawda jest jednak taka, że rolę faworytek niedzielnej potyczki Szwedki zawdzięczają nie tyle sobie, co… Amerykankom. Obrończynie tytułu to kadra znajdująca się na świeczniku przez 365 dni w roku, a media z USA stanowią w świecie soccera znaczącą siłę i nierzadko skutecznie narzucają reszcie globu swoją narrację. A ta obecna wygląda tak, że drużyna wieloletnich dominatorek znajduje się w tej chwili w najgłębszym w całej swojej dotychczasowej historii kryzysie i sprawia przy tym wrażenie zespołu, który nie bardzo ma pojęcie jak ten stan rzeczy zmienić. W Ameryce dyskutuje się więc nie tyle o tym, że to Szwedki są tak mocne (choć nasze stałe fragmenty są oczywiście odpowiednio doceniane), a o poważnych kłopotach obrończyń tytułu, które zdaniem wielu mocno szczęśliwie w ogóle doczłapały na ostatnich nogach do fazy pucharowej. Czy są to opinie realnie oddające stan faktyczny? Cóż, wszyscy oglądamy mundial, każdy z nas ma swoje przemyślenia, więc niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie. Pamiętając, że w zasadzie nie ma tu odpowiedzi poprawnych i niepoprawnych.

Mistrzostwa świata generują emocje, a w emocjach jak wiadomo często potrafimy wyciągać mocno pochopne wnioski. Pamiętacie jeszcze nagłówki i wypowiedzi większości ekspertów po pierwszej kolejce fazy grupowej? Brzmiały one mniej więcej tak: Niemki jako jedyne z faworytek przyjechały tu w formie, a Brazylijki grają najlepszy futbol od ponad dekady i najpiękniej tańczą z piłką przy nodze. Od tamtego czasu minęło zaledwie kilkanaście dni, podczas których Niemki zdążyły już wyłapać dwa gongi od Kolumbii i jeden od Korei i wraz z powstrzymanymi przez Jamajkę Brazylijkami spakować się na powrotną podróż do domu. Angielki natomiast były ze wszystkich stron krytykowane, a 1-0 po powtórzonym rzucie karnym z Haiti w połączeniu z plagą mniejszych lub większych problemów zdrowotnych dawało obraz ekipy, która staje się poważnym kandydatem do miana największego rozczarowania finałów. Dwa kolejne tygodnie znów odwróciły jednak optykę o sto osiemdziesiąt stopni i dziś Lauren James jeśli do czegoś kandyduje, to do tytułu MVP mundialu, a Mary Earps wyrasta na jedną z faworytek wyścigu o Złotą Rękawicę. Piszę o tym nie przez przypadek, bo czy aż tak bardzo nieprawdopodobny jest scenariusz, w którym akurat jutro Sophia Smith i Trinity Rodman przypomną sobie, że to właśnie one zanotowały najbardziej spektakularne wejście do NWSL w ostatnich latach, Lindsey Horan potwierdzi słowa ze słynnego transparentu kibiców z Portland, a na koniec wkroczy na plac Megan Rapinoe i w sobie tylko znanym stylu postawi na kapitalnym występie USWNT efektowny wykrzyknik. Jasne, to wszystko wcale nie musi się wydarzyć, ale z drugiej strony jak najbardziej może, a wtedy będziemy ze wszystkich stron bombardowani tekstami i podcastami o tym, jaką to Amerykanki są fantastyczną drużyną turniejową. I taka narracja utrzyma się… aż do ćwierćfinału, który na nowo nam to od góry do dołu przewartościuje. W tym trybie doczekamy zresztą wielkiego finału i bardzo dobrze, bo sport bez emocji zdecydowanie nie byłby tym samym. Choć, jak doskonale wiadomo, we wszystkim zdecydowanie wskazany jest umiar i zdrowy rozsądek.

Tę przydługą zapowiedź (ale chyba wybaczycie, bo i moment szczególny) nieprzypadkowo opatrzyłem kadrem z pewnego meczu. Nie będę oczywiście pytał z którego, gdyż liczba poprawnych odpowiedzi kręciłaby się zapewne w okolicach stu procent. Co więcej, mam poczucie graniczące z pewnością, że wielu z was bez trudu przypomniałoby sobie, co tamtego dnia robiliście, gdzie i w jakich okolicznościach oglądaliście ów mecz, czy wreszcie, jakie emocje wam wtedy towarzyszyły. Nie będzie chyba wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że był to najlepszy pojedynczy występ szwedzkiej kadry w całej jej historii, choć w dniach go poprzedzających niewiele na taki obrót spraw wskazywało. Dziś życzę wam zatem przede wszystkim tego, aby 6. sierpnia 2023 także nie był po latach jedynie niewiele znaczącą datą. Wiadomo, futbol nie zawsze jest wymierny, ale naprawdę warto zagrać tak, aby z perspektywy czasu po prostu mieć co wspominać. Bo na to akurat wpływ zdecydowanie mamy. Dobrej zabawy, słyszymy się po meczu!

******

I na koniec jeszcze jedna kwestia, która sprawia, że jutrzejszy mecz przeciwko USA może okazać się naprawdę szczególny. Aktualizowany przeze mnie na bieżąco ranking FIFA mówi jasno, że jakiekolwiek zwycięstwo kadrowiczek Gerhardssona w regulaminowym czasie gry lub po dogrywce sprawi, że reprezentacja Szwecji po raz pierwszy w historii zostanie numerem jeden na świecie. Przynajmniej na kilka dni, bo nie jest przecież powiedziane, że taką lokatę udałoby się utrzymać do końca mistrzostw. Mimo wszystko, nawet gdyby to całe liderowanie miało okazać się wyłącznie przejściowe i nieodnotowane w oficjalnych statystykach, to z pewnością byłoby one symbolicznym podsumowaniem sześcioletniej kadencji obecnego selekcjonera. Przypomnijmy, że Gerhardsson obejmował zespół będący w rozsypce, a atmosfera wokół Blågult była latem 2017 wyjątkowo duszna. Doprowadzenie tego zespołu na sam szczyt stanowiłoby zatem potwierdzenie, że właśnie dane nam było przeżyć czas absolutnie niezwykły. A ewentualny awans smakowałby tym bardziej wyjątkowo, że wszystko odbyłoby się według zasad doskonale znanych chociażby miłośnikom sportów walki. Tam jedyną drogą prowadzącą do mistrzowskiego pasa jest pokonanie w bezpośredniej rywalizacji urzędującego czempiona i właśnie przed taką szansą staną jutro w Melbourne nasze kadrowiczki. Zainteresowanym statystycznymi wyliczeniami przedstawiam aktualny dorobek czołowej ósemki po zakończeniu fazy grupowej (wszystkie wartości zostały zaokrąglone do liczb całkowitych) i skoro jesteśmy już w klimatach klatek i ringów, to zostawiam was z nadzieją, że jutro z pełną świadomością będziemy mogli zakrzyknąć: And New!

ranking fg

Skromnie, lecz efektownie

F2g1ljYa8AAfai0
Jak już strzelać, to najlepiej właśnie po takich akcjach (Fot. svenskfotboll.se)

To zdecydowanie nie był mecz, który zapamiętamy na długo. Ale też od początku nie miał on takim być. Wybranki Petera Gerhardssona swoje i tak jednak zrobiły, dzięki czemu jako trzecia ekipa na tym mundialu zakończyły fazę grupową z kompletem punktów. I nawet jeśli tuż po losowaniu taki scenariusz wydawał się czymś absolutnie oczywistym, to zdecydowanie warto ten fakt podkreślić i docenić. Bo turniej w Australii i Nowej Zelandii pokazał, że pewne zwycięstwa faworytek wcale nie są już czymś tak oczywistym, jak jeszcze dekadę temu.

O pierwszej połowie starcia w chłodnym i deszczowym Hamilton możemy w zasadzie napisać tyle, że… się odbyła. Jeden celny strzał Olivii Schough w środek bramki, czy kilka szarpnięć w wykonaniu Anny Sandberg oraz Madelen Janogy nie były czymś, co wprowadziłoby realny popłoch w szeregi argentyńskiej defensywy. Nasze piłkarki nie pressowały na takiej intensywności, co w niedawnej rywalizacji z Włoszkami, a pojedyncze próby przyspieszenia lub nieschematycznego rozegrania futbolówki kończyły się najczęściej na dobrych chęciach. Kilka okazji na to, aby sprawdzić się przy dośrodkowaniach ze stojącej piłki miała także Schough, ale efekty jej starań były zdecydowanie dalekie od tych, które pamiętamy chociażby z wiosennych występów na boiskach Damallsvenskan. Brak konkretnych, boiskowych bodźców sprawił, że zdecydowanie więcej uwagi mogliśmy poświęcić wątkom pobocznym, a takim był niewątpliwie występ Caroline Seger z kapitańską opaską. 38-letnia pomocniczka ze Skanii stała się tym samym pierwszą Szwedką w historii, która wyprowadzała swój zespół z tunelu na czterech kolejnych mundialach i już teraz możemy założyć, że osiągnięcie to będzie niezwykle trudno wyrównać, o przebiciu nie wspominając. I nawet jeśli dzisiejszy mecz tylko potwierdził, że legenda Rosengård nie jest na ten moment gotowa do gry na reprezentacyjnym poziomie w większym wymiarze czasowym, to na całość jej dokonań spoglądać możemy wyłącznie z szacunkiem.

Na drugą połowę Seger już jednak nie wyszła, a jej miejsce w środku pola zajęła Elin Rubensson. Efekty? Błyskawiczne! Bo choć tempo rozgrywania szwedzkich akcji nie wzrosło jakoś znacząco, to piłkarka Häcken w kreacji czuje się zdecydowanie lepiej, co niemal od razu dało się zauważyć. Jest to o tyle dobra informacja, że sama Rubensson także straciła sporą część sezonu ligowego z powodu kontuzji i ją również możemy spokojnie zaliczyć do niezwykle licznego w tym roku grona kadrowiczek-rekonwalescentek. Braku rytmu meczowego nijak nie dało się jednak u niej zaobserwować, a najbardziej skorzystała z tego Hanna Bennison, która u boku bardziej doświadczonej koleżanki z drugiej linii z minuty na minutę czuła się na placu gry coraz pewniej. I to właśnie duet środkowych pomocniczek rozkręcił w 66. minucie akcję, dzięki której marznący na trybunach Waikato Stadium kibice mogli się wreszcie trochę rozgrzać. Nasza Golden Girl z Evertonu przytomnie rozszerzyła do prawego skrzydła, tam podłączyła się do gry Sofia Jakobsson, a nabiegająca na wprost argentyńskiej bramki Rebecka Blomqvist skutecznie dołożyła głowę. I nie był to bynajmniej ostatni raz, kiedy napastniczka niemieckiego Wolfsburga zachowała się w szesnastce rywalek dokładnie tak, jak klasyczna dziewiątka zachować się powinna. Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry Blomqvist dała się bowiem sfaulować jednej z rywalek w polu karnym i choć samo przewinienie nie było jakieś oczywiste, to jednak decyzja pani Salimy Mukasangi o podyktowaniu jedenastki zdecydowanie się obroni. Dzięki temu szansę na przypieczętowanie szwedzkiego zwycięstwa dostała Rubensson, która – podobnie zresztą jak przed czterema laty przeciwko Tajlandii – próbę nerwów wytrzymała wręcz wzorowo.

Trochę szkoda, że fazy grupowej nie udało się nam zakończyć bez kar indywidualnych, ale zdecydowanie ważniejsze było dziś uniknięcie niepotrzebnych kontuzji i ten cel udało się na szczęście zrealizować. Teraz Gerhardsson i jego sztab mogą już całą swoją uwagę skupić na kolejnym wyzwaniu, a to czeka nas już w niedzielę. I chyba nie przesadzę zbytnio, jeśli powiem, że tego dnia na australijskie Melbourne z zaciekawieniem spoglądać będzie absolutnie cały, piłkarski świat. Póki co zamknijmy jednak oficjalnie fazę grupową, gratulując przy okazji historycznego i w stu procentach zasłużonego osiągnięcia reprezentantkom RPA, które tego poranka niewątpliwie skradły całe mundialowe show. Wyczyn Kgatlany, Magai i pozostałych bohaterek Banyana Banyana sprawi najpewniej, że nieco mniej będzie się dziś mówić o kapitalnej akcji poprzedzającej trafienie Rebecki Blomqvist, ale jesteśmy w stanie to zaakceptować. Licząc oczywiście na to, że niedzielne serwisy informacyjne będą już należeć do nas.

argswe

Portret rywalek – Argentyna

arg-1

Choć Argentyna z oczywistych względów kojarzy się przede wszystkim z wpływami hiszpańskimi, to patrząc na historię piłkarskiej reprezentacji tego kraju, można odnieść wrażenie, że akurat w tej dziedzinie przykład szedł raczej z Włoch. A jak ustaliliśmy dosłownie kilka dni temu, nie jest to bynajmniej najbardziej pożądana inspiracja. O ile jednak na Półwyspie Apenińskim na przestrzeni lat mogliśmy obserwować przynajmniej jakieś chwilowe zrywy entuzjazmu i słomianego zapału szefów krajowej federacji, o tyle w Argentynie bardzo długo nikt nie zamierzał nawet udawać, że losy tej drużyny kogokolwiek specjalnie interesują. Swój pierwszy oficjalny mecz La Albiceleste rozegrały wprawdzie na początku lat dziewięćdziesiątych, ale przez kolejne dwie dekady przyszło im funkcjonować w trybie, który ma niewiele wspólnego nie tylko z profesjonalnym, ale nawet i z poważnym, amatorskim uprawianiem sportu, za to bardzo wiele z najgorzej rozumianą prowizorką. Kadrę a to rozwiązywano, a to zakładano na nowo tylko po to, aby wystąpiła w jakimś turnieju, ale o takich słowach jak plan, strategia, czy rozwój nikt nad Paraną najwidoczniej nie słyszał. W tej sytuacji mocno zaskakiwać może fakt, że jesienią 2006 piłkarki grające w charakterystycznych biało-błękitnych strojach sięgnęły po swój zdecydowanie najcenniejszy jak dotąd międzynarodowy skalp, sensacyjnie zwyciężając w rozgrywanych na argentyńskich boiskach finałach Copa America. Jak do tego doszło? Nie wiem. I najpewniej nigdy się nie dowiem, gdyż decydujący o mistrzowskim tytule mecz z udziałem gospodyń oglądało z trybun stadionu w Mar del Plata niespełna 300 widzów. I nie, nie zapomniałem dopisać na końcu dwóch zer. Cóż, widocznie kadra hokeistek na trawie musiała tamtego dnia rozgrywać w okolicy jakiś ważny sparing.

arg-2

Domyślam się, że w pierwszej chwili wielu z was mogło się właśnie mocno zdziwić. Bo przecież nieczęsto za gwiazdę kadry robi piłkarka, która dwa poprzednie mecze rozpoczynała na ławce rezerwowych. Ale spokojnie, w tym szaleństwie naprawdę jest metoda. Reprezentująca na co dzień barwy brazylijskiego Palmeiras 25-latka dysponuje bowiem cechami, których niestety próżno szukać u większości jej koleżanek. Jasne, na samej determinacji i woli walki nie zajedziesz na poziom Lyonu czy Barcelony, ale szczególnie w tych nieco słabszych jakościowo zespołach są to wartości niezwykle pożądane i to właśnie one najczęściej potrafią zrobić różnicę między porażką, remisem, a zwycięstwem. Wielokrotnie mogliśmy przekonać się o tym chociażby podczas ubiegłorocznego Copa America, gdzie Rodriguez była postacią absolutnie pierwszoplanową i bez jej wkładu prawdopodobnie nie oglądalibyśmy teraz argentyńskich piłkarek na boiskach Nowej Zelandii. A o tym, jak ważny był dla samej zawodniczki wyjazd z kadrą na wielki turniej, świadczyć może chociażby przygotowana na tę okazję nowa, patriotyczna fryzura. Choć oczywiście możemy być pewni, że jeśli tylko Rodriguez otrzyma wreszcie realną szansę od selekcjonera, to na boisku wyróżniać będzie ją nie tylko charakterystyczny wygląd.

Przez wiele lat nazwisko Banini było pierwszym i nierzadko jedynym skojarzeniem z argentyńskim futbolem. I to nie tylko w kwestiach sportowych, bo o konflikcie najbardziej rozpoznawanej piłkarki La Albiceleste z rodzimą federacją głośno było swego czasu daleko poza granicami Ameryki Południowej. 33-letnia dziś ofensywna pomocniczka swoje argumenty skutecznie pokazywała jednak nie tylko przy stole negocjacyjnym, ale także, a może i przede wszystkim na zielonej murawie. Bo nawet jeśli obiektywnie stwierdzimy, że amerykańskiej NWSL podbić jej się nie udało, a spośród czterech sezonów spędzonych w Waszyngtonie udany był tak naprawdę jeden (2016), to jednak żadnym sposobem nie da się zanegować faktu, że przez kilka lat udawało jej się dość regularnie zaznaczać swoją obecność w najbardziej wymagającej (przynajmniej na tamten moment) lidze świata. A gdyby nie nawracające kontuzje, to bilans ten mógłby być jeszcze bardziej imponujący. W podobnych słowach moglibyśmy także scharakteryzować trwający zresztą do dziś hiszpański etap jej kariery. Bo Banini zdecydowanie nie została postacią numer jeden ani w Levante, ani w Atletico, ale w obu tych klubach bez wątpienia zrobiła wystarczająco dużo, aby trwale zapisać się w świadomości fanów futbolu z Walencji i Madrytu.

Mało piłkarek może powiedzieć, że ich mundialowy debiut odbił się szerokim echem daleko poza futbolową bańką. Argentyńska bramkarka Vanina Correa do tego nielicznego grona się jednak zalicza, choć nie przypuszczamy, aby akurat z tego powodu czerpała przesadną satysfakcję. Bo to naprawdę wątpliwa przyjemność, gdy kolejny raz musisz odpowiadać na pytanie, co czułaś w historycznej chwili, gdy przyjmowałaś jedenastego gola od Niemek. Nawet tak katastrofalny start wcale nie musi jednak oznaczać końca świata, a sama zainteresowana cierpliwie czekała na okazję do rewanżu i po dwunastu długich latach taka się rzeczywiście nadarzyła. Doświadczona już Correa znów pojechała na finały MŚ jako golkiperka numer jeden i na francuskich boiskach zebrała sporo w pełni zasłużonych pochwał za bardzo przyzwoite występy przeciwko Japonii i Anglii. Turniej w Nowej Zelandii jest dla niej okazją do ustanowienia kolejnych rekordów, choć my akurat trochę żałujemy, że w środę w szwedzkiej bramce nie stanie ani Tove Enblom, ani Hedvig Lindahl. W pierwszym przypadku doczekalibyśmy się bowiem starcia dwóch golkiperek, które w jednym z kluczowych momentów swoich karier doświadczyły porażki w stosunku 0-11, w drugim zaś nadarzyłaby się okazja do mundialowej konfrontacji dwóch czterdziestolatek. Tak się ostatecznie nie stanie, ale historia Vaniny Correi i tak jest już wyjątkowo inspirująca.

arg-3

Z Włoszkami nasze drogi przecięły się jak dotąd aż 25 razy, ale historia potyczek z Argentyną jest zdecydowanie krótsza. Nic jednak w tym dziwnego, bo doprawdy trudno o nawiązanie trwałych relacji z kadrą, która co i rusz pojawia się i znika. Wspomniane już złote medale z Copa America ’06 poskutkowały jednak zaproszeniem La Albiceleste na Igrzyska w Chinach, gdzie los – podobnie jak teraz – skojarzył nas w jednej grupie. Na boisku w Tiencinie sensacji nie było, choć rozmiary szwedzkiego zwycięstwa mogły, a nawet powinny być zdecydowanie bardziej okazałe. Nasze piłkarki już przed piętnastoma laty doskonale potrafiły jednak zadbać o nadprogramowe emocje, dzięki czemu skuteczne sforsowanie defensywy ówczesnych mistrzyń konfederacji CONMEBOL zajęło nam aż godzinę.

arg-4

Turniej na boiskach Nowej Zelandii (możemy spokojnie założyć, że do Australii raczej nie dojadą) jest dla reprezentacji Argentyny już czwartą imprezą tej rangi, ale póki co piłkarki z Ameryki Południowej swoje mundialowe przygody konsekwentnie sprowadzają do realizowania słynnej myśli barona de Coubertina, że najważniejszy jest sam udział. Zero wygranych meczów, czterdzieści straconych goli, pamiętna dwucyfrówka od Niemek – to wszystko daje nam namacalny obraz tego, jak wielki dystans dzielił przez lata argentyński futbol od światowej czołówki. Pewną ciekawostką może być jednak fakt, iż podczas trzech dotychczasowych startów w finałach mistrzostw świata, La Albiceleste za strzelanie goli (nie wliczając tych samobójczych, bo te zdarzały im się akurat w całkiem sporej ilości) zawsze brały się dopiero w trzecim meczu fazy grupowej. Czy powinniśmy się zatem obawiać, że w najbliższą środę czeka nas zderzenie z żądną rewanżu błękitno-białą nawałnicą? No, niekoniecznie, wszak za każdym razem to argentyńskie strzelanie zaczynało się dopiero przy wyniku 0-3 lub 0-4 na korzyść rywalek. I akurat w tym aspekcie historia jak najbardziej może się powtórzyć, gdyż przynajmniej kilku szwedzkim piłkarkom mocno przydałby się klasyczny mecz na przełamanie. A patrząc na rozkład turniejowej drabinki, kolejnej ku temu okazji może już po prostu nie być.

arg-5

Skoro nie tak dawno nazwaliśmy Włoszki reprezentacją zawieszoną gdzieś pomiędzy światową pierwszą i drugą ligą, to Argentynki idealnie nadawałyby się jako przykład drużyny plasującej się na futbolowej piramidzie o jeden szczebel niżej. Ot, taka spokojna czwarta dziesiątka rankingu, gdzieś na poziomie aspirujących, europejskich nacji z Ligi Narodów B. Obserwacja ta znalazła zresztą niejako potwierdzenie w październiku 2022, kiedy to La Albiceleste zmierzyły się w meczu towarzyskim z reprezentacją Polski. Na boisku w hiszpańskim Jerez padł wówczas remis 2-2, ale z perspektywy wyraźnie opadających z każdą upływającą minutą z sił podopiecznych trenera Portanovy, był to rezultat mocno szczęśliwy. Niedostatki motoryczne argentyńskich piłkarek uwidoczniły się zresztą także przy okazji konfrontacji z Kanadą czy Włochami, gdzie po w miarę wyrównanych pierwszych połowach, druga faza meczu toczyła się pod coraz większą kontrolą ze strony rywalek. O starciu z Hiszpanią nie ma chyba nawet co wspominać, bo tam akurat mieliśmy totalną deklasację w zasadzie od pierwszej do dziewięćdziesiątej czwartej minuty. Ewidentne braki fizyczne i techniczne (pod tym względem zestawianie Argentynek na przykład z Brazylijkami nie ma najmniejszego sensu) zawodniczki występujące w biało-błękitnych strojach starają się nadrabiać agresją ocierającą się momentami o zwykłą, boiskową brutalność i trzeba im oddać, że akurat w tym względzie niezmiennie przynależą do wąskiej, światowej czołówki. Czy jest to powód do dumy? Cóż, nie mi oceniać, w końcu każdy ma swoje ścieżki i cele w życiu. Ale takie Mayorga, Rodriguez czy Chavez z pewnością charakterologicznie odnalazłyby się w szatni Vittsjö, a ich starcia z Nellie Persson lub Clarą Markstedt z miejsca stałyby się dodatkową atrakcją wielu treningowych gierek.

Stosunkowo długo opowiadaliśmy głównie o negatywach, więc przyzwoitość nakazywałaby wspomnieć także o tych zielonych prostokącikach w rekordzie argentyńskiej kadry. Dwa zwycięstwa nad Peru raczej nikogo nie przestraszą, ale kto wie, czy przy okazji tegorocznej, towarzyskiej potyczki ze zdecydowanie niżej notowanym rywalem największym sukcesem nie jest fakt, iż na żywo oglądało ten mecz… kilkadziesiąt razy więcej fanów niż przywoływany tu wielokrotnie finał Copa America ’06. Nie będziemy jednak wyciągać z tego zbyt pochopnych wniosków, gdyż jednorazowy strzał to zdecydowanie zbyt mało, aby mówić o trendzie, a coś podpowiada nam, że w przypadku tej kadry żadnego wielkiego przełomu jeszcze w tej chwili się nie doczekamy. Wracając jednak do kwestii sportowych, piłkarki trenera Portanovy pochwalić należy za zakończoną dwoma zwycięstwami lutową eskapadę do Nowej Zelandii, a także za… końcówkę ubiegłorocznego starcia z Paragwajem, dzięki któremu Argentynę w ogóle na mundialu oglądamy. Na kwadrans przed końcem było wówczas 0-1, po upływie dziewięćdziesięciu minut na tablicy wyników mieliśmy remis, ale trafienia Bonsegundo oraz Rodriguez w doliczonym czasie gry ostatecznie załatwiły sprawę. Wtedy jednak La Albiceleste mierzyły się jednak z przeciwniczkami znajdującymi się na podobnym poziomie przygotowania motorycznego, a w najbliższą środę – przynajmniej w teorii – czeka je w tym zakresie nieporównywalnie trudniejsze wyzwanie.

arg-6