To jeszcze nie koniec

contentmedium

Rebecka Blomqvist, czyli napastniczka numer sześć w Wolfsburgu z golem w półfinale MŚ (Fot. Bildbyrån)

To miał być szalony mecz, choć trzeba uczciwie przyznać, że spodziewaliśmy się trochę innego rodzaju szaleństwa. Piłka nożna raz jeszcze jednak zaskoczyła, dzięki czemu ostatni kwadrans widowiska na Eden Park w Auckland był czymś w rodzaju przejażdżki najbardziej ekstremalną kolejką w parku rozrywki. Mogę jedynie przypuszczać, że neutralni kibice oglądali go z wielką przyjemnością, ale dla osób zaangażowanych emocjonalnie po jednej ze stron stanowił on prawdziwą huśtawkę naprawdę skrajnych przeżyć. Próbę nerwów tym razem lepiej wytrzymały jednak Hiszpanki, a futbol znów pokazał nam, że teoria o równowadze szczęścia i pecha ma w naszej dyscyplinie zastosowanie. Na otwarcie mundialu to my cieszyliśmy się przecież ze zwycięstwa 2-1 po golu ze stałego fragmentu gry w 90. minucie. Od tamtych wydarzeń upłynęły zaledwie trzy tygodnie i dziś to piłkarki trenera Vildy zapewniły sobie bezcenną wygraną w dokładnie ten sam sposób. Trafienie Olgi Carmony po sprytnym zagraniu Teresy Abelleiry sprawia, że to one mogą od tej chwili szykować się do niedzielnego finału, nam pozostaje natomiast do rozegrania sobotnia batalia o brąz. Bo szansa na to, aby trzecie z czterech ostatnich finałów mistrzostw świata zakończyć z medalami na szyjach, cały czas przecież istnieje.

Paradoksalnie, całkiem sporo zadań na dzisiejszy półfinał udało się podopiecznym Petera Gerhardssona skutecznie zrealizować. Po pierwsze, hiszpańska dominacja w posiadaniu piłki oraz liczbie wymienionych, celnych podań wcale nie była aż tak przygniatająca. Przed pierwszym gwizdkiem istniały obawy, czy uda nam się wyjść z trzydziestki, ale wyłączając dwa naprawdę krótkie momenty wyraźnego naporu atakujących wówczas większą liczbą zawodniczek rywalek, Szwedki bez większego problemu balansowały ponad granicą czterdziestu procent. Po drugie, liczbę oddanych przez Hiszpanki strzałów również udało się zredukować do najniższego na tym turnieju poziomu, a zaledwie dwie spośród dwunastu prób piłkarek Vildy poleciały ostatecznie w światło bramki. Do tego, że oba koniec końców znalazły do niej drogę, jeszcze zdążymy się w innym miejscu odnieść. Po trzecie, większego zagrożenia nie stanowiły dla nas ani Olga Carmona, ani powracająca na swoją nominalną pozycję prawej defensorki Ona Battle, choć oba wahadła nieustannie starały się aktywnie uczestniczyć w kreowaniu gry i dostarczaniu środkowym pomocniczkom dodatkowych opcji w ataku. Jasne, Andersson oraz Björn nie grały na stuprocentowej skuteczności i kilka razy dały się w swoich sektorach boiska objechać, ale sumarycznie nie potwierdziły się obawy, że to właśnie ten element będzie stanowić przyczynę numer jeden ewentualnego niepowodzenia. Mocno obawialiśmy się także tego, że naszym defensorkom zabraknąć może w newralgicznych momentach koncentracji, ale i tutaj spotkało nas naprawdę miłe zaskoczenie, bo poza jedną drzemką Magdaleny Eriksson w pierwszej połowie (na szczęście bez konsekwencji), Szwedki postanowiły nie sprawiać sobie niepotrzebnych problemów w okolicach własnej szesnastki. Taki stan rzeczy utrzymywał się do mniej więcej siedemdziesiątej minuty, kiedy to zaczęły pojawiać się pierwsze, niepokojące ostrzeżenia. A co wydarzyło się później, to chyba pamiętamy aż za dobrze.

No właśnie: dwa celne strzały – dwa gole. Pierwszy z nich to wypadkowa kilku niefortunnych wydarzeń, a całe nieszczęście rozpoczęło się od miękkiej wrzutki Jennifer Hermoso z lewego skrzydła. Dośrodkowana przez byłą napastniczkę Tyresö futbolówka odbiła się od interweniującej Jonny Andersson, ale mocno naciskana przez Evę Navarro defensorka stołecznego Hammarby pechowo skierowała ją pod nogi super-rezerwowej Salmy Paralluelo. Błyskotliwa nastolatka z Saraogssy nie zastanawiała się przesadnie długo i po chwili mogła cieszyć się z gola, który podobnie jak ten sprzed czterech dni przeciwko Holandii, wydawał się na tamten moment trafieniem na wagę awansu. Do akcji wkroczyli jeszcze sędziowie VAR, ale ostatecznie i oni doszli do w pełni słusznych wniosków, że o żadnym spalonym Navarro mowy być nie może, dzięki czemu radość hiszpańskich piłkarek nie okazała się być falstartem. W 88. minucie do wyrównania doprowadziła jednak Rebecka Blomqvist i mogło się wydawać, że raz jeszcze uda się nam podczas tego turnieju oszukać przeznaczenie. Piłkarki z Półwyspu Iberyjskiego uznały jednak, że chyba tego dobrego już wystarczy, a sprytnie rozegrany rzut rożny znów doprowadził całkiem licznie obecnych na trybunach stadionu w Auckland fanów La Roja do ekstazy. Teresa Abelleira wycofała piłkę do ustawionej przed linią pola karnego Carmony, co wydawało się zdecydowanie lepszym wyborem niż perspektywa walki o górną piłkę z Ilestedt czy Hurtig. Tym bardziej, że z niewiadomych przyczyn zawodniczka madryckiego Realu znajdowała się na dwudziestym metrze zupełnie bez opieki, a po zejściu z placu gry Elin Rubensson żadna ze Szwedek nie zdecydowała się na szybki, utrudniający oddanie mierzonego strzału doskok (wcześniej odpowiedzialność ta spoczywała właśnie na barkach pomocniczki Häcken). Prawda jest jednak taka, że tego braku reakcji na podanie Abelleiry do Carmony prawdopodobnie w ogóle byśmy teraz nie analizowali, gdyby nie fatalne ustawienie Zeciry Musovic. Trudno powiedzieć z jakiego powodu rezerwowa golkiperka Chelsea ustawiona była w najgorszy możliwy sposób, do tego dwa metry przed linią bramkową, ale nie da się ukryć, że wystarczyłaby drobna, automatyczna korekta (na którą szwedzka bramkarka miała relatywnie dużo czasu), a o strzale Hiszpanki z dziewięćdziesiątej minuty zapomnielibyśmy w kilka sekund. Stało się jednak inaczej, a spora część winy za utratę drugiego gola spada niestety na 27-letnią golkiperkę, która dziś puściła niestety każdą piłkę lecącą w światło jej bramki. Nie jest to oczywiście żadną tragedią, ale szerszą perspektywę warto mieć na uwadze, gdy następnym razem będzie się napędzać hype na konkretną zawodniczkę po jednym, wybitnym występie. A prawda jest taka, że Musovic ogólnie nie jest ani tak fenomenalna jak w meczu przeciwko USA, ani tak słaba jak dziś w Auckland. Choć oczywiście mocno trzymamy kciuki, aby kolejne miesiące (a najlepiej już kolejne dni!) pokazały, że jej kariera podąża we właściwym kierunku.

Przed mundialem mocno kontrowersyjne wydawały się powołania Petera Gerhardssona, bo nawet jeśli kilka razy wspominaliśmy, że wyjściowa jedenastka przy dobrym dniu, szczypcie szczęścia i innych sprzyjających okolicznościach będzie w stanie rzucić wyzwanie każdemu, to jednak brak w mundialowej kadrze takich nazwisk jak Kafaji, Ijeh, Anvegård, Vinberg, czy Cato zdawał się mocno ograniczać naszemu selekcjonerowi pole manewru w trakcie meczu. To właśnie od wymienionych tu zawodniczek oczekiwalibyśmy tak bardzo potrzebnego czasami impulsu z ławki, a decyzje Gerhardssona – choć w pełni zrozumiałe ze względów czysto ludzkich – sportowo zdawały się kompletnie nie bronić. I wiecie co? I wyszło na jego! Bo nawet jeśli wrócimy do analizy meczów z RPA, czy Hiszpanią, to nie rezerwowe były w nich problemem. Szwedzki selekcjoner postawił na sprawdzone rozwiązania, a Hurtig, Blomqvist, czy Jakobsson za okazane zaufanie odpłaciły się najlepiej, jak tylko umiały. Nieistotne, że ich kariera klubowa ostatnimi czasy nie tyle zwolniła, co zwyczajnie wyhamowała, bo na boiskach Nowej Zelandii (i Melbourne) oglądaliśmy może nie najlepsze, ale naprawdę bardzo solidne ich wersje. I nawet dziś, w przegranym przecież półfinale, tego gola przywracającego na kilkadziesiąt sekund nadzieję zrobiły nam rezerwowe, bo to Hurtig przytomnie zgrywała futbolówkę pod nogi Blomqvist. Trudno jednoznacznie powiedzieć z jakim nastawieniem sztab Gerhardssona podejdzie do sobotniego meczu o brąz, bo nie należy zapominać, że dla naszych kadrowiczek będzie to już siódma potyczka na przestrzeni zaledwie czterech tygodni. Na francuskim mundialu, pomimo chyba jeszcze większego wycieńczenia kluczowych piłkarek, szwedzki trener nie zdecydował się w analogicznym momencie na kadrową rewolucję. Czy tym razem znów zdecyduje się podążać utartą ścieżką? Czy może postąpi wręcz przeciwnie, dając swoim rezerwowym jeszcze większy fragment piłkarskiej sceny, na którym przyjdzie im udowodnić swoją wartość? Przekonamy się niebawem, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tę chwilę to właśnie zawodniczki pokroju Blomqvist czy Jakobsson są obok Elin Rubensson największymi wygranymi tego turnieju. Bo po latach nikt nie będzie miał prawa powiedzieć, że na Antypody piłkarki te pojechały wyłącznie za zasługi. A jeśli uda się wrócić do domów z medalem, to warto pamiętać, że będzie to także ich medal. Ale o tym, czy podobnie jak w latach 2011 oraz 2019 uda się zakończyć turniej miłym akcentem, przekonamy się dopiero w najbliższą sobotę.

espswe

Dzień jeden w roku

laia

Laia Codina na tegorocznym mundialu pokonywała już między innymi własną bramkarkę (Fot. Jason Anderson)

And then there were four! Niecały miesiąc temu 32 reprezentacje przyjechały do Australii i Nowej Zelandii z bardzo podobnymi pragnieniami i marzeniami. Jedne wydawały się nieco bardziej realne, inne zdawały się niebezpiecznie zahaczać o półkę z napisem soccer fiction, ale prawda jest taka, że przed pierwszym gwizdkiem meczu otwarcia każda z ekip znajdowała się dokładnie tak samo blisko i jednocześnie tak samo daleko celu. A później piłka zaczęła toczyć się po murawach stadionów w Auckland, Wellington, Brisbane, czy Perth, a każde kolejne rozstrzygnięcie, wśród których nie brakowało bynajmniej tych całkowicie niespodziewanych, zawężało nam grono pretendentów do mistrzowskiego tytułu. Jeszcze w fazie wstępnej z wyścigu wypisały się na przykład złote przed dwoma laty w Tokio Kanadyjki oraz wicemistrzynie Europy z Niemiec, które przecież nawet znajdując się w słabszej dyspozycji, po grupowych rywalkach z Maroka, Kolumbii i Korei Południowej miały się po prostu przejechać. I to jadąc sobie spokojnie na maksymalnie trzecim biegu. Nic takiego nie miało jednak miejsca, a grono przegranych stosunkowo szybko powiększyło się między innymi o skłócone ze sobą i całym światem Norweżki, bezbarwne i sprawiające wrażenie drużyny pozbawionej jakiegokolwiek sensownego konceptu Dunki, czy stanowiące w piłkarskim uniwersum osobny, jednozespołowy zbiór Amerykanki, które po raz pierwszy w nowożytnej erze zakończyły mundial bez medalu. Sport nie znosi jednak próżni, wobec czego nawet odpadnięcie dyżurnych faworytek i obrończyń tytułu nie było w stanie zatrzymać rosnącej już nie tyle z dnia na dzień, co z godziny na godzinę futbolowej gorączki. Ta ogarnęła bowiem cały świat, choć realnie w grze od tron według stanu na dziś pozostały już tylko cztery nacje. W jednym z półfinałów Australia zmierzy się z Anglią, dzięki czemu doskonale znany nam tercet z Vittsjö raz jeszcze stanie przed szansą powstrzymania dowodzonych przez Sarinę Wiegman Lwic. I trochę w ciemno zakładam, że pewnie wielu z was również nie miałoby nic przeciwko temu, aby Katrina Gorry z Charlotte Grant zostały w najbliższych dniach prawdziwymi bohaterkami tłumów. Nas jednak z dość oczywistych względów zdecydowanie bardziej interesuje w tej chwili ta druga strona drabinki, gdzie dziać się może jeszcze więcej i jeszcze ciekawiej.

Gdy ostatni raz Szwedki i Hiszpanki mierzyły się w meczu o punkty, świat wyglądał nieco inaczej niż obecnie. Jak bardzo inaczej? Ano tak, że most nad cieśniną Sund wciąż czekał na oficjalne otwarcie, piłkarskim mistrzem Hiszpanii została Extreamadura (dla niepoznaki jeszcze pod nazwą Puebla), na liście Billboarda pierwsze miejsce okupował utwór Maria Maria Carlosa Santany, Megan Rapinoe przygotowywała gdzieś w północnej Kalifornii imprezę z okazji swoich piętnastych urodzin, a my wszyscy z niecierpliwością i zaciekawieniem wyczekiwaliśmy nadejścia nowego tysiąclecia. Nie zaryzykuję wiele zakładając, że wśród osób czytających właśnie te słowa są i tacy, którzy tamtego świata pamiętać nie mogą. W takich jednak realiach, na kameralnym stadionie w Karlskodze nieopodal Örebro, reprezentacje Szwecji i Hiszpanii zagrały w czerwcu 2000 mecz w ramach eliminacji piłkarskiego EURO 2001. Wynik? Jak najbardziej planowy, czyli 7-0 dla zespołu prowadzonego wówczas od pięciu lat przez Marikę Domanski. Łupem bramkowym podzieliły się Victoria Svensson, Jane Törnqvist, Linda Fagerström, Sara Call oraz Kristin Bengtsson, a szwedzka kadra dała wyraźny sygnał, że już za moment może być ją stać na dokonanie rzeczy wielkich. I tak się w istocie stało, bo choć o awans na niemieckie EURO musieliśmy ostatecznie walczyć w barażach, to dwumecz z Finlandią okazał się wyłącznie formalnością, a same finały – podobnie jak rozgrywany dwa lata później mundial w USA – dostarczyły nam sporo pozytywnych wspomnień. Choć do dziś pewnie wielu z nas nie bez racji twierdzi, że złoty gol to prawdopodobnie jeden z najgłupszych pomysłów FIFA w historii. A konkurencja w tym względzie jest przecież naprawdę spora. O rywalizacji sprzed dwudziestu lat wspominamy jednak nie tylko z kronikarskiego obowiązku, gdyż znów znaleźliśmy się w punkcie, w którym ewentualne zwycięstwo nad Hiszpanią może okazać się zapowiedzią naprawdę historycznych dla szwedzkiego futbolu chwil. Tyle podobieństw, bo są w tym wszystkim także dwie zasadnicze różnice. Pierwsza wygląda tak, że tym razem na ostateczną puentę nie będziemy musieli czekać kilkanaście miesięcy, lecz zaledwie pięć dni. Druga, że o żadnym 7-0 w tym wypadku mowy być nie może, bo hiszpańska piłka z roku 2000 różni się od obecnej mniej więcej tak, jak ówczesna Puebla od współczesnej Barcelony. A to wbrew pozorom mówi naprawdę sporo.

Drużynę ze stolicy Katalonii wspominam nieprzypadkowo, gdyż to właśnie ona pozostaje niedoścignionym wzorcem czegoś, co neutralni kibice zwykli nazywać najbardziej atrakcyjną twarzą piłki nożnej. A jeżeli weźmiemy pod uwagę nasze, europejskie podwórko, to właśnie Hiszpania próbuje z powodzeniem przenosić te metody na niwę reprezentacyjną. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem, co w żadnym razie dziwić nie może, gdyż o sile kadry Jorge Vildy stanowią w sporej części właśnie zawodniczki klubu, który w czerwcu tego roku po raz drugi w swojej historii sięgnął po triumf w Lidze Mistrzyń. To znaczy, stanowią o tej sile wtedy, gdy akurat nie strajkują przeciwko metodom swojego selekcjonera, ale na temat tego konfliktu tutaj wypowiadać się nie będziemy. Przede wszystkim dlatego, że ta cytryna została już chyba wyciśnięta do ostatniej kropli i każdy miał mnóstwo czasu, aby wyrobić sobie w tym temacie własną opinię. Suche fakty przedstawiają się jednak tak, że spora część buntowniczek (lub według innej narracji: wojowniczek w słusznej sprawie) z okazji mundialu do kadry wróciła, co zdecydowanie jeszcze bardziej zwiększyło jej potencjalną siłę rażenia. A ta nawet wcześniej wydawała się być niesamowita, o czym sami przekonaliśmy się podczas meczu towarzyskiego w Kordobie. To znaczy, dwadzieścia początkowych minut wyszło nam nawet całkiem nieźle, ale jak Marta Cardona z Atheneą del Castillo zdecydowały się trochę podkręcić imprezę, to pozostało nam głównie przesuwanie się i bieganie za piłką. Bo ta ostatnia znajdowała się niezmiennie w posiadaniu Hiszpanek, które mają to do siebie, że futbolówki zdecydowanie oddawać rywalkom nie lubią. I dokładnie tego samego spodziewamy się we wtorek w Auckland, choć tym razem będziemy przesuwać się za Aitaną Bonmati, Marioną Caldentey, czy Salmą Paralluelo. Ale zadania z pewnością nam to nie ułatwi. Jasne, swoje lepsze momenty tez mieć będziemy, ale przebłysk zdrowego rozsądku podpowiada, że statystyki posiadania piłki najpewniej wygrać się jednak nie uda.

W czym zatem możemy upatrywać szans? Na pewno nie w tym, czego w pełni zasadnie próbowały chociażby Zambijki lub Holenderki. Ich pomysłem numer jeden było bazowanie na dynamice odpowiednio Barbry Bandy oraz Linneth Beerensteyn, ale Stina Blackstenius zdecydowanie nie jest typem szybkościowym, a błyskawiczne przyspieszenie do trzydziestki absolutnie nie znajduje się na liście jej największych, piłkarskich atutów. Jakąś wskazówkę może za to stanowić fakt, że hiszpańska defensywa zdecydowanie nie stanowi monolitu i nadspodziewanie często da się wprowadzić w jej szeregach popłoch jednym, niekonwencjonalnym zagraniem. Niesamowicie efektywnie w meczu fazy grupowej korzystały z tego Japonki, ale kto wie, czy jeszcze bardziej wartościową wskazówką dla Gerhardssona i jego sztabu nie powinien być lutowy mecz Hiszpanek z Australią. Inna sprawa, że kilka razy zasieki postawione przez podopieczne trenera Vildy bez większego trudu pokonały nawet Norweżki, ale akurat tamto spotkanie było tak bardzo towarzyskie, że rozegrano je na Ibizie. Mówiąc jednak już całkiem poważnie, o ile Ona Battle to na tę chwilę jedna z najlepszych bocznych defensorek w Europie, która na dodatek na lewej flance potrafi radzić sobie prawie tak samo dobrze jak na prawej, o tyle Irene Paredes, Ivana Andres, czy Laia Codina prezentują dyspozycję mocno nierówną i nawet hiszpańscy fani nie mają pojęcia, czego akurat danego dnia można się w ich wydaniu spodziewać. Taki stan rzeczy dziwi szczególnie w przypadku pierwszej z wymienionych, ale czasy, w których Paredes była dosłownie żywą legendą PSG, należą już zdecydowanie do przeszłości, a błędy i kiksy przytrafiają się 32-letniej stoperce zauważalnie częściej niż na którymkolwiek z wcześniejszych etapów jej kariery.

Nie mamy pojęcia, dlaczego selekcjoner Vilda zdecydował się już podczas turnieju na roszadę w bramce i zastąpienie Misy Rodriguez Cataliną Coll, ale żadnej z wymienionych zdecydowanie nie nazwalibyśmy wartością dodaną ekipy La Roja. W tym miejscu koniecznie musi znaleźć się jednak adnotacja, że przecież my także rozpoczynaliśmy turniej z ogromną niepewnością co do dyspozycji bramkarek, a później przyszedł mecz przeciwko USA i chyba nie trzeba przypominać, kto ratował nas w drugiej połowie kilkoma fenomenalnymi interwencjami. Zecira Musovic rozegrała wówczas swój zdecydowanie najlepszy mecz od ponad ośmiu lat i nie jest ani trochę wykluczone, że na przykład taka Coll zechce za kilkadziesiąt godzin pójść w jej ślady. Tym bardziej, że mundial bardzo lubi kreować nieoczywiste bohaterki, o czym dopiero co przekonała się chociażby Clare Hunt. O ile dobra dyspozycja golkiperki rzeczywiście może stanowić dla Hiszpanów miłą niespodziankę, o tyle solidna postawa zawodniczek z przednich formacji jest nawet nie spodziewana, ale wręcz oczekiwana. Tutaj o żadnych słabych punktach mowy być nie może, choć malkontenci czasami potrafią zarzucać zawodniczkom z Półwyspu Iberyjskiego bezsensowne klepanie wszerz boiska, czy wnoszące bardzo niewiele wymienianie między sobą tysiąca podań. To wszystko jednak wyłącznie pozory, bo w tym hiszpańskim graniu zdecydowanie jest metoda, a potencjalne zagrożenie dla rywalek czai się w każdej sekundzie meczu i w każdym sektorze boiska. Dopóki zachowujesz pełną koncentrację, a do tego starcza ci sił, to faktycznie możesz zapędy La Roja skutecznie neutralizować. Ale naprawdę wystarczy jedna, krótka chwila dekoncentracji lub jedno nawet minimalne spóźnienie, a Gonzalez, Redondo lub Bonmati wykorzystają to w sposób całkowicie bezwzględny. Dunki na EURO długo broniły się naprawdę dzielnie, ale pozornie błaha pomyłka z 90. minuty poskutkowała tym, że na koniec zostały z niczym. A my przecież znamy nasze zawodniczki i choć kochamy je miłością niemal bezgraniczną, to jednak wiemy, że akurat Ilestedt, Eriksson, czy Andersson mają do siebie to, że czasami zdarzy im się drobna, boiskowa drzemka. I mając to na uwadze, Hiszpania wydaje się być dla nich zdecydowanie najbardziej wymagającym z dotychczasowych rywali. Tym bardziej, że w nogach są już dwa ekstremalnie trudne mecze.

Analizując na chłodno szanse we wtorkowym półfinale, to w Hiszpankach z wielu względów należałoby upatrywać wyraźnych faworytek tej potyczki. I nawet jeśli przed rywalizacją z USA i Japonią rozkład sił wyglądał dość podobnie, to jednak tutaj ewentualne dysproporcje wydają się być jeszcze wyraźniejsze i niełatwe do skutecznego zasypania. Co to może oznaczać? Tegoroczny turniej sugeruje, że… absolutnie nic i właśnie dlatego we wtorkowy poranek znów zasiądziemy do piłkarskiego seansu z wielkimi nadziejami. Tak, na tym mundialu na pewno rozegramy jeszcze dwa mecze, ale byłoby naprawdę super gdyby ten drugi trafił nam się na przykład w niedzielę. Wiecie, chociażby dlatego, że z tym dniem tygodnia mamy ostatnio całkiem przyjemne wspomnienia.

Zostajemy do końca!

contentmedium

Szwedzkie piłkarki wzniosły się w Auckland naprawdę wysoko (Fot. Mathias Bergeld)

Co by się nie wydarzyło, z tej imprezy przedwcześnie nas już nie wyproszą! Ćwierćfinał przeciwko Japonii, od meczu rozegranego w tej samej fazie poprzedniego mundialu, różnił się w zasadzie wszystkim… oprócz końcowego wyniku. Bo zupełnie jak przed czterema laty, wbrew wskazaniom bukmacherów i większości ekspertów, kadrowiczki Petera Gerhardssona znów zwyciężyły 2-1 i znów zameldowały się w najlepszej czwórce turnieju. To ostatnie stało się zresztą w ostatnich latach swego rodzaju normą, gdyż za kadencji 63-letniego selekcjonera z Uppsali Szwedki jeszcze ani razu nie wróciły do domów przed półfinałami. Możemy więc powiedzieć, że nowa, sympatyczna tradycja została niejako podtrzymana, choć nerwów i prawdziwego rollercoastera sportowych emocji znów nie udało się przy tym uniknąć. A przed ponad godzinę absolutnie nic na to nie wskazywało.

Bardzo długo wydarzenia na murawie w Auckland mogliśmy bowiem śledzić z umiarkowanym spokojem. Tak bardzo chwalone w poprzednich meczach Japonki żadnym sposobem nie potrafiły odnaleźć właściwego rytmu i poza jedną, nieco chaotyczną wrzutką Risy Shimizu, nie zaprezentowały w ofensywie kompletnie nic ciekawego. Zdecydowanie więcej działo się za to pod drugą bramką, bo choć Szwedki także rozpoczęły dość spokojnie, to ich akcje z minuty na minutę nabierały coraz więcej tempa. Sygnał do ataku dała Nathalie Björn, która jednym, prostopadłym podaniem wypuściła w bój Stinę Blackstenius. Napastniczka londyńskiego Arsenalu walkę o pozycję z Saki Kumagai wygrać nawet zdołała, ale jakość jej strzału pozostawiała już sporo do życzenia. Zmarnowanej szansy nie rozpamiętywaliśmy jednak przesadnie długo, bo chwilę później trafił się nam stały fragment gry, a już chyba cały, futbolowy świat doskonale zdaje sobie sprawę, co to oznacza. Tym razem trochę więcej było w tym wszystkim przypadku niż schematu, ale ani trochę nie zmienia to faktu, że w podbramkowym zamieszaniu zdecydowanie najlepiej odnalazły się Magdalena Eriksson z Amandą Ilestedt, a ta ostatnia już po raz czwarty na tym turnieju umieściła swoje nazwisko na liście strzelczyń. Jednobramkowe prowadzenie zdecydowanie nie było jednak szczytem marzeń naszych piłkarek, które ewidentnie dążyły do tego, aby jeszcze przed przerwą podwyższyć rezultat. I szczęście rzeczywiście było o krok, gdy najlepsza na placu gry Kosovare Asllani uderzała z dystansu po przytomnym zgraniu Fridoliny Rolfö. Lecącą idealnie futbolówkę na słupek zdołała jednak sparować Yamashita, niejako utrzymując swój zespół w grze o półfinał.

Druga połowa zaczęła się od kolejnego szturmu Szwedek, który dość szybko przyniósł konkretne efekty. Dośrodkowanie z prawego skrzydła nieco instynktownie przedłużyła Mina Tanaka, a zagrana przez nią piłka zatrzymała się dopiero na ręce Fuki Nagano. Tak, było w tym wszystkim trochę szczęścia, ale rzut karny wydawał się być ewidentny, a Filippa Angeldal z jedenastu metrów (a będąc bardziej precyzyjnym: z dwunastu jardów) ani myślała się pomylić. I tym razem nie potrzebowaliśmy już przychylności technologii goal-line, aby cieszyć się z dwubramkowej zaliczki, która na tamten moment wydawała się całkiem bezpieczną. Tym bardziej, że kolejne minuty to dalszy ciąg wzorowej postawy kadrowiczek Gerhardssona, które cały czas nie pozwalały Japonkom na wiele. Asllani wreszcie przypominała na boisku tę tak bardzo podziwianą i oklaskiwaną przez nas liderkę, a Rubensson wraz z Angeldal skutecznie zamknęły środek pola, mocno utrudniając prowadzenie gry kluczowej z punktu widzenia Nadeshiko Yui Hasegawie. To było o tyle istotne, że w tej fazie meczu pod ciągłą presją rywalek nie musiały grać nasze defensorki, a właśnie tego w konfrontacji z techniczną Japonią obawialiśmy się najbardziej. Im dłużej jednak Eriksson, Ilestedt i Björn mogły w miarę spokojnie skupiać się na realizacji indywidualnych zadań, tym bardziej realny zaczął wydawać się ten upragniony półfinał. W końcu nadeszła jednak 65. minuta i wtedy rozpoczął się nowy mecz.

Trudno powiedzieć, co dokładnie się wówczas stało, ale patrząc z boku wyglądało to tak, jakby jedna drużyna grać przestała, a druga w tym samym momencie zaczęła. Czy wpływ na taki przebieg wydarzeń mógł mieć fakt, iż Szwedki swój mecz 1/8 finału rozgrywały dzień później, na zdecydowanie większej intensywności, z dogrywką i serią rzutów karnych, a dodatkowo do Auckland podróżowały zdecydowanie dłużej? Całkiem prawdopodobne, choć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nigdy zapewne nie poznamy. Flashbacki z meczu o brąz podczas mundialu we Francji były jednak oczywiste; Szwedki skupiły się na głębokiej defensywie, a znajdujące dla siebie coraz więcej przestrzeni Japonki – zupełnie jak przed czterema laty Angielki – atakowały coraz śmielej i z coraz większym polotem. Pod bramką Zeciry Musovic robiło się naprawdę gorąco, a pierwsze roszady personalne Gerhardssona przyniosły nie do końca oczekiwany efekt. Rezerwowa Madelen Janogy dość bezmyślnie starła się we własnej szesnastce z Riką Ueki, dając pani Staubli pretekst do podyktowania rzutu karnego i choć była to wybitnie miękka jedenastka, to szwajcarska sędzia skwapliwie z tego prawa skorzystała. Piłkę w ręce wzięła sama poszkodowana i mocnym strzałem obiła poprzeczkę szwedzkiej bramki, dzięki czemu wciąż mieliśmy do dyspozycji dwa gole zaliczki. Kontaktowa bramka dla Japonii zdawała się jednak wisieć w powietrzu, a my znów oddychaliśmy z ulgą, gdy po rzucie wolnym Aoby Fujino i rykoszecie od pleców Musovic futbolówka zatańczyła na linii bramkowej i wyszła w pole. Tyle tylko, że tym razem radość była wyjątkowo krótkotrwała, a rezerwowe Seike oraz Hayashi w końcu udokumentowały okres całkowitej dominacji Nadeshiko trochę sytuacyjnym trafieniem na 1-2. A pani Staubli emocje postanowiła jeszcze bardziej podkręcić, dając Azjatkom aż dziesięć minut dodatkowego czasu na poszukanie wyrównującego gola. Trener Ikeda także poszedł all-in, szansę mundialowego debiutu otrzymała w samej końcówce znana nam z boisk Damallsvenskan Maika Hamano, ale ani ona, ani żadna z pozostałych Japonek nie potrafiła doprowadzić do remisu i przedłużyć tym samym nadziej byłych mistrzyń świata na pozostanie w turnieju. Miało nie być thrillera? Nie tym razem, ale najważniejsze, że mamy kolejny tego lata happy end!

jpnswe

Yoroshiku, Nadeshiko!

jpn

Yui Hasegawa doskonale kieruje postawą drugiej linii Nadeshiko (Fot. Getty Images)

Czternaście goli strzelonych, tylko jeden stracony, do tego cztery zwycięstwa w czterech rozegranych dotychczas meczach – tak perfekcyjnym bilansem na australijsko-nowozelandzkim mundialu może pochwalić się zaledwie jedna drużyna. I żeby nie było nudno, to właśnie ona staje na drodze kadrowiczek Petera Gerhardssona do strefy medalowej. Już jutro dowiemy się, czy reprezentantki Szwecji pozostaną na najważniejszej imprezie czterolecia do samego jej końca, czy swoją przygodę z turniejem zakończą na zdecydowanie najbardziej bezwzględnej i niewdzięcznej fazie. Rywalizacja na etapie ćwierćfinałów nie uznaje bowiem półśrodków: zwycięzca w nagrodę dostaje aż dwie szanse, aby wrócić do kraju z pamiątką w postaci medalu, pokonany wraca natomiast z niczym i to pierwszym dostępnym lotem powrotnym. Z ogromnej stawki jutrzejszego starcia sprawę zdają sobie chyba absolutnie wszyscy, więc nie widzę większego sensu w tym, aby poświęcać wiele miejsca temu, ile będziemy mogli na boisku w Auckland wygrać lub przegrać. Zamiast tego warto przyjrzeć się za to pewnym konkretnym faktom, które wyraźnie pokazują, że choć stojące przed szwedzką kadrą wyzwanie jest jak najbardziej wykonalne, to jednak skala jego trudności zdaje się być zdecydowanie wyższa niż podpowiadałaby to intuicja.

Tak, Japonki to przeciwnik, który stylistycznie w teorii powinien nam odpowiadać. I bynajmniej nie dlatego, że trzydzieści lat temu klepnęliśmy je ośmioma golami, bo tamtego starcia nie ma co wspominać w kontekście innym niż ciekawostkowy. Weźmy jednak pod lupę rywalizację z lipca 2016, kiedy to na stadionie w Kalmarze o końcowym sukcesie szwedzkich piłkarek zdecydował perfekcyjnie rozegrany ostatni kwadrans. Rywalki z Azji nawet całkiem nieźle weszły wtedy w mecz, przed przerwą rozgrzały publiczność nieszablonowym podejściem do stałych fragmentów (kto był i pamięta – ten wie, kto nie był i nie widział – ma czego żałować), ale gdy nadszedł decydujący fragment, to błyskawicznie odarliśmy byłe mistrzynie świata z jakichkolwiek złudzeń, wykorzystując swoje oczywiste przewagi w sposób bliski perfekcji. O ideał otarliśmy się także pięć lat później w Saitamie, kiedy to również na etapie ćwierćfinału wielkiej imprezy niesamowicie pewnie pokonaliśmy pełne sportowych ambicji Japonki na ich terenie. A dokonaliśmy tej sztuki w stylu, który można byłoby spokojnie pokazywać na różnych kursach dla aspirujących trenerów, bo z wyjątkiem kilkuminutowego fragmentu pod koniec pierwszej połowy, tamten mecz mieliśmy pod całkowitą kontrolą w zasadzie na każdym polu. To wszystko byłoby naprawdę obiecującym prognostykiem, gdyby nie jeden drobny szczegół – przywołane tu zwycięstwa odnosiliśmy bowiem nad Japonią Asako Takakury, a jutro przyjdzie nam stanąć w szranki z zespołem prowadzonym przez Futoshiego Ikedę. A akurat ten drobny wydawałoby się szczegół, parafrazując klasyczne powiedzenie, robi zasadniczą różnicę.

Nie jest wielką tajemnicą, że Ikeda to szkoleniowiec przywiązujący wiele uwagi do kwestii taktycznych. Jego pomysły z powodzeniem prowadziły japońskie kadry do naprawdę imponujących sukcesów w piłce młodzieżowej, ale ostatnie miesiące wyraźnie sugerują, że i w seniorskim futbolu metody te mogą przynieść całkiem imponujące efekty. Bo jeśli szwedzkie rzuty rożne i wolne stały się niejako jednym z symboli kadencji Gerhardssona, to Japonia pod wodzą Ikedy wykręca niesamowite liczby jeśli chodzi o zagrażanie bramce rywalek z otwartej gry. Wyższego wskaźnika xG nie ma w tej materii żaden z pozostałych uczestników tegorocznego mundialu, choć Nadeshiko wcale nie znajdują się na przykład na szczycie statystyki średniego posiadania piłki. A to oznacza mniej więcej tyle, że Japonki nie potrzebują bezsensownie klepać, aby konkretnie kreować. Im w zupełności wystarczy kilka dopracowanych do perfekcji schematów, niespotykana na tym poziomie dokładność długich podań, automatyzmy w poruszaniu się zarówno wewnątrz formacji, jak i pomiędzy nimi, czy wreszcie niesamowity przegląd pola i antycypacja jednej z środkowych pomocniczek. Bo nie mamy najmniejszych wątpliwości, że oglądając boiskowe poczynania Yui Hasegawy legendarna Aya Miyama może jedynie cmoknąć z zachwytu. Piłkarka Manchesteru City kieruje bowiem poczynaniami koleżanek z taką pewnością siebie, jakby była dyrygentką słynnej, nowojorskiej orkiestry. A reszta zespołu zdaje się mieć do niej pełne zaufanie, co najlepiej obrazują poczynania w ciemno podłączających się do małej gry wahadłowych, które ponadto zdają się niemal telepatycznie odbierać sygnały mówiące im, jaki ruch trzeba będzie za chwilę wykonać. To wszystko zasługuje na jeszcze większe uznanie, gdy wspomnimy, że Hasegawa, Shimizu oraz Endo nie grają na co dzień w jednym klubie, ani nawet w jednej lidze. Wiem, naprawdę trudno w to uwierzyć, ale takie są fakty.

Japoński selekcjoner preferuje ustawienie 1-3-4-2-1, która na papierze nie wydaje się być niczym szczególnie oryginalnym, ale tajemnica jego sukcesu tkwi przede wszystkim w niemal bezbłędnym egzekwowaniu przedmeczowych założeń. Zabawa rozpoczyna się już od formacji defensywnej, a centralnym jej punktem jest doświadczona Saki Kumagai. Stoperka grająca do niedawna w monachijskim Bayernie nie ma może za sobą wybitnego sezonu klubowego, ale na mundial zdecydowanie przygotowała świetną dyspozycję, co jest o tyle kluczowe, że Japonki bezmyślnym wybijaniem futbolówki byle dalej zwyczajnie się brzydzą, w związku z czym bezbłędna i pewna Kumagai przydaje im się nie tylko w skutecznym neutralizowaniu ofensywnych zapędów rywalek, ale również w kreacji. Cierpliwe budowanie akcji od tyłu byłoby jednak niemożliwe bez tytanicznej pracy dwóch pozostałych defensorek, a role te u Ikedy najczęściej pełnią Moeka Minami oraz Hana Takahashi. To właśnie one regularnie tworzą w bocznych sektorach boiska figurę przypominającą romb, której wierzchołki wyznaczają: pół-prawa lub pół-lewa stoperka (Minami lub Takahashi), jedna z dynamicznych wahadłowych (Shimizu lub Endo), reżyserka Hasegawa (rzadziej Fuka Nagano) oraz schodząca nieco niżej mobilna skrzydłowa (zdecydowanie najlepsza do obserwacji pod tym kątem wydaje się być Aoba Fujino). Tak ustawiony kwartet potrafi zyskiwać mnóstwo terenu, całkowicie dezorganizując przy tym formacje przeciwnika, a gdy rywalki zorientują się wreszcie w czym rzecz i spróbują skorygować własne ustawienie, wtedy następuje jedno łamiące schemat podanie albo od Hasegawy, albo od środkowej napastniczki, która dopiero co niespodziewanie pojawiła się na dziesiątce, ale nikt nie zdążył na czas tego zarejestrować. A dalej idzie już prosto, bo tylko od celności ostatniego podania zależy, czy Miyazawa, Fujino lub któraś z wahadłowych będzie miała autostradę do bramki przeciwniczek. Ani na moment nie można jednak zapominać o skupieniu i koncentracji, bo nawet jeśli japoński atak uda się powstrzymać, to podopieczne trenera Ikedy potrafią być równie niebezpieczne… w pierwszych sekundach po stracie. I tak, z jednej strony otwiera to szansę do wyprowadzenia perfekcyjnej kontry, ale z drugiej musimy dołożyć wszelkich starań, aby chwila szaleństwa Ilestedt oraz Andersson z meczu przeciwko RPA w piątek ani razu się nie powtórzyła. Bo tym razem może kosztować nas ona na przykład odpadnięcie z turnieju, o czym dopiero co przekonały się skarcone właśnie przez Risę Shimizu Norweżki. Swoją drogą, ostatnie mecze pokazały, że ta wersja Nadeshiko szczególnie dobre statystyki wykręca na rywalkach proponujących ustawienie 1-4-2-3-1. Gerhardsson i Wikman także doskonale zdają sobie z tego sprawę i teraz pozostaje tylko zastanowić się, jak tę wiedzę postanowią wykorzystać w praktyce. Łatwo nie będzie, gdyż Japonia równie komfortowo co z futbolówką przy nodze czuje się także bez niej, ale analizując kolejne elementy futbolowego rzemiosła, stosunkowo łatwo da się wymienić te, w których zarysowuje się szwedzka przewaga. I teraz tylko chodzi o to, aby w chwili decydującej próby te swoje atuty wykorzystać lepiej niż zrobi to przeciwnik. No, a do tego oczywiście ustrzec się błędów, bo te potrafią czasami zniweczyć największy wysiłek. Prawda, że proste? No to do dzieła!

Przedmeczowy tekst, nawet zdominowany przez nowinki taktyczne, nie byłby kompletny bez ciekawostki. A ta niejako napisała się sama w momencie, gdy FIFA wyznaczyła do prowadzenia meczu Japonia – Szwecja panią Esther Staubli. Tak, dokładnie tę samą sędzię, która równo dziesięć lat temu w sekundę uciszyła wypełnione po brzegi Gamla Ullevi, anulując wyrównującego gola Lotty Schelin w półfinale EURO 2013 z Niemcami. Tamta sytuacja do dziś pozostaje jednym z najbardziej kultowych momentów szwedzkiego sportu w XXI wieku, a dyskusje, czy gwiazda Lyonu rzeczywiście faulowała wówczas Annike Krahn będą toczyć się tak długo, jak po ziemi chodzić będzie ostatni naoczny świadek tamtych wydarzeń. A być może nawet jeszcze dłużej. Moje zdanie w temacie zapewne doskonale znacie: było to klasyczne 50/50 i każda decyzja szwajcarskiej rozjemczyni pewnie by się obroniła. Nie jest jednak wykluczone, że 3670 dni po tamtych wydarzeniach teoria o równowadze piłkarskiego szczęścia i pecha raz jeszcze zmaterializuje się na naszych oczach. Technologia goal-line w Melbourne właśnie oddała nam to, co osiem lat temu brutalnie zabrała w Winnipeg. Czyżby więc turniej w Australii i Nowej Zelandii miał zapisać się w naszej pamięci jako mundial rekompensaty za poniesione wcześniej krzywdy? Kto wie, choć mówiąc tak całkiem szczerze, jeden thriller w zupełności nam wystarczy, a teraz przydałby się troszkę spokojniejszy mecz. Choć nie mam pewności, czy we współczesnej piłce na takim etapie takiego turnieju można w ogóle wspominać o spokoju.

A gdybyście chcieli przed pierwszym gwizdkiem pani Staubli posmakować jeszcze trochę japońskiej kultury, to zostawię tutaj takie cudeńko. Słowa-klucze: Peter, wanna, słuchawki, Igrzyska. Dobrego meczu, dobrej zabawy!

Szaleństwa panny James (i Fischer)

Zachowania piłkarki Chelsea nie da się i nie powinno się usprawiedliwić (Fot. Getty Images)

Żyjemy w erze TikToka, a to zobowiązuje. Do czego? Na przykład do szybkiego reagowania. W sytuacji, gdy milionowe wyświetlenia najczęściej zbierają dynamiczne, kilkunastosekundowe filmiki, umiejętność dłuższego skupienia uwagi staje się umiejętnością całkowicie bezużyteczną. Teraz wszystko musi dziać się błyskawicznie i instynktownie, a nawet jeśli w tym pędzie zdarzy nam się palnąć jakąś głupotę, to w zasadzie nic nie szkodzi, bo zawsze w kolejce czeka już mnóstwo kolejnych tematów, a w każdym z nich trzeba przecież zająć konkretne stanowisko. O tym, że opieranie się w stu procentach na instynkcie nie zawsze popłaca, przekonała się właśnie Lauren James, ale czy uznawana za jeden z największych talentów światowego futbolu zawodniczka Chelsea wyciągnie z tej lekcji jakiekolwiek wnioski? Chciałoby się wierzyć, że tak, choć istnieje całkiem spore ryzyko, że stanie się dokładnie odwrotnie. Bo przecież miednica Nigeryjki Michelle Alozie koniec końców wytrzymała, do żadnej tragedii nie doszło, a selekcjonerka Wiegman oficjalnie potwierdziła, że James jest jedną z najsłodszych piłkarek w angielskiej kadrze. Gdyby stało się nieszczęście, media społecznościowe najpewniej by zapłonęły, ale skoro wszyscy żyją, chodzą i mają się względnie dobrze, to możemy szybko zająć się czymś innym. Żeby była jasność, ani trochę nie domagam się w tym miejscu kary dożywotniej dyskwalifikacji dla 21-latki z Londynu, ale uważam, że na piłkarskim boisku takie zachowania należy tępić bez pobłażania i jakichkolwiek prób ich relatywizowania. Futbol jest oczywiście sportem kontaktowym, ale jeśli kogoś bardziej pociągają sztuki walki, to zawsze można rozważyć zmianę dyscypliny. W końcu taka Molly McCann, choć ostatnio nie notuje akurat najlepszej passy, także ma w Anglii status gwiazdy.

Swoją drogą, niezmiennie fascynuje mnie, jak wielki wpływ na opinie i wnioski wyciągane przez ludzi mają czynniki losowe. Wspomniałem już o faulach, które często zupełnie niesłusznie oceniamy pod kątem następujących w ich efekcie konsekwencji zdrowotnych lub ich braku, ale podobnie ma się sprawa na przykład z rzutami karnymi. Dziś na przykład już przynajmniej dwa razy zdarzyło mi się usłyszeć, że Lina Hurtig dobrze wytrzymała w poniedziałkowy wieczór próbę nerwów na stadionie w Melbs, choć nawet sama zainteresowana chyba doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że jej uderzenie jakościowo było po prostu fatalne. I ani o milimetr nie zmienia tego oczywistego faktu to, że Alyssa Naeher prawdopodobnie nie zdołała powstrzymać kopniętej przez Hurtig futbolówki przed minięciem całym obwodem linii bramkowej. Choć jak najbardziej – i mówię to bez choćby krzty ironii – docenić należy już samo to, że strzał był celny i szedł w bramkę, bo na tym mundialu karnych przestrzelonych mamy zdecydowanie więcej niż obronionych. A skoro tak, to trafiając w prostokąt zawsze dajesz sobie choćby minimalną szansę, czego nie zrobiły na przykład Rapinoe, Björn czy Stanway. Była piłkarka Linköping i Juventusu tę szansę jak najbardziej sobie dała, ale jest to niestety jedyna rzecz, za którą możemy ją pochwalić. I tak, fajnie że wpadło, ale jeśli ktoś zapyta mnie, czy Hurtig wytrzymała próbę nerwów w 1/8 finału przeciwko USA, to z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa odpowiem, że absolutnie nie.

Ofiarami lub beneficjentkami (w zależności od okazji) pochopnego wyciągania wniosków stają się zresztą nie tylko piłkarki, lecz również trenerki. Zakładam, że wielu z was doskonale pamięta jeszcze Igrzyska 2016 w Brazylii, na których szwedzka kadra doszła do finału, grając przy tym bodajże największą padakę w tym stuleciu. To ostatnie najwyraźniej jednak decydentom FIFA albo zupełnie umknęło, albo w ogóle nie przeszkadzało, gdyż Pia Sundhage zakończyła tamten rok nominacją do tytułu Trenerki Roku na świecie i – co jeszcze bardziej śmieszne – w eksperckim głosowaniu dostała nawet naprawdę sporo wskazań. I właśnie tym fachowcom chciałbym zadać teraz jedno bardzo ważne pytanie: czy uważacie, że całościowo Brazylia ’23 była drużyną gorszą niż Szwecja ’16? Lepszą? A może to mniej więcej podobny poziom? Bo ja na przykład zaryzykuję stwierdzenie, że… lepszą. Szwedki przed siedmioma laty nie rozegrały ani jednego tak dobrego meczu, jak tegoroczna wersja Canarinhas na przykład przeciwko Niemkom, a na imprezie docelowej prezentowały się równie słabo, jeśli nie gorzej. Bo Brazylijki miały przynajmniej fragmenty naprawdę przyzwoitej gry w starciach z Panamą i Francją, a srebrnym medalistkom IO ’16 udało się pięć pierwszych minut z RPA i to by było w zasadzie na tyle. Skoro jednak wówczas trenerka z Ulricehamn zasługiwała zdaniem niektórych na nominację do TOP-3 na świecie, to w tym roku chyba trzeba byłoby bez głosowania wręczyć jej statuetkę. A odarta z emocji prawda wygląda tak, że Sundhage od wielu lat się nie zmienia i podobnie jak za czasów pracy w Örebro czy Bostonie jest słabą trenerką, ale dobrą motywatorką, która przy odpowiednim doborze sztabu może na krótką metę w dowolnym miejscu osiągnąć sukces. Na krótką, bo mając tak konfrontacyjny charakter, nigdy nie będzie w stanie na dłużej kupić sobie zaufania szatni, a tarcia i nieporozumienia wewnątrz grupy zwyciężaniu zdecydowanie nie sprzyjają.

Nilla Fischer napisała wydała książkę. Ale wiecie, jak to z tymi sportowymi biografiami jest: przeczytałeś jedną, to jakbyś przeczytał wszystkie. Tak, zmieniają się imiona, daty, nazwy miejscowości, drużyn i turniejów, ale szkielet pozostaje nienaruszony. Jeśli jednak ktoś zamierza sięgnąć po tę pozycję, to zniechęcać nie zamierzam. Ja też potrafię na przykład oglądać kilka adaptacji tej samej sztuki na deskach różnych teatrów i w każdej z nich potrafię zachwycić się czymś absolutnie wyjątkowym. Wracając jednak do rzeczonych biografii, one są dla mnie o tyle ciekawym zjawiskiem, że do złudzenia przypominają ciągnące się w nieskończoność dramy pomiędzy współczesnymi influencerami i innymi celebrytami internetu. W obu przypadkach mamy do czynienia z poddymianiem na siłę, sztucznym generowaniem i wyolbrzymianiem konfliktów, czy wreszcie wygłaszaniem niepopularnych tez czysto dla zasięgów. Oczywiście wszystko nie w twarz i dawno po fakcie. Mnie akurat do tego świata nie ciągnie, a sposoby na spędzanie wolnego czasu znam zdecydowanie ciekawsze, ale wiadomo, że gusta są różne, a o nich się z zasady nie dyskutuje. Ten literacki debiut pani Fischer skojarzył mi się chyba z tym, że prawdopodobnie na jego łamach w wątpliwość poddane zostały rzekome umiejętności trenerskie Sundhage. Jeśli to prawda, to pozostaje mi jedynie postawić w tym miejscu kropkę i łagodnie uśmiechnąć się do własnych myśli. Ale dobrze wiedzieć, że spojrzenia na pewne kwestie z upływem czasu potrafią się aż tak drastycznie zmienić.

Że nie było ani słowa o Japonkach? Będzie pojutrze, jeszcze zdążymy się odpowiednio przed naszym ćwierćfinałem podhajpować.  A boisko i tak ten pompowany po obu stronach balonik zweryfikuje i wyjaśni. Dla jednej z drużyn będzie to weryfikacja pozytywna i bilet do strefy medalowej, dla drugiej – weryfikacja negatywna i bilet do domu. Ale skoro mamy turniej, w którym Jamajka i Maroko zostają w grze dłużej niż USA, Niemcy i Kanada, to nie będziemy jeszcze zgadywać, co nastąpi w piątkowy poranek.

Gorąca zima w Melbs

001e8c86-800

Obraz z technologii goal-line znajdziecie wszędzie, a czasami trzeba pójść trochę niestandardowo (Fot. Getty Images)

Jakaś merytoryczna, pomeczowa relacja na chłodno? Nie tym razem! A już na pewno nie w tej chwili. Ten dzień miał potencjał, aby przejść do historii szwedzkiej piłki, ale wydarzenia na boisku w Melbourne potoczyły się tak, że i światowy futbol zapamięta go na bardzo, bardzo długo. Takiej serii rzutów karnych, z tak szalonym rozstrzygnięciem, na tym poziomie nie rozegrano jeszcze nigdy, a nie był to bynajmniej jedyny powód, dla którego mieliśmy do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym. Po raz pierwszy Amerykanki pożegnały się bowiem z mundialem w tak wczesnej fazie turnieju; na każdej z poprzednich imprez udawało im się nie tylko zawsze meldować w fazie medalowej, ale i sięgać po jeden z krążków. I nawet jeśli wciąż jest zdecydowanie zbyt wcześnie, aby wieszczyć koniec amerykańskiej piłki nożnej (co niektórzy i tak z niekłamaną radością na pewno zrobią), to 6. sierpnia 2023 stał się właśnie datą nieśmiertelną, o której przy okazji kolejnych mundiali komentatorzy będą chętnie wspominać nawet za kilkadziesiąt lat. Tak, przed meczem apelowałem do kadrowiczek Gerhardssona, aby dołożyły wszelkich starań, dzięki którym ten dzień stanie się dla nich samych, a przy okazji i dla nas niezapomniany. I po ostatnim gwizdku sędzi Frappart godzin muszę przyznać, że akurat w tej kwestii końcowy efekt przyćmił nawet moje najśmielsze oczekiwania.

Co by tu jeszcze napisać? Może to, że w przedmeczówce nieprzypadkowo odnosiłem się chociażby do rozegranego osiem lat temu w Winnipeg meczu w fazie grupowej kanadyjskiego mundialu. Wielu ekspertów wspominało przy dzisiejszej okazji Igrzyska w Brazylii, w Japonii, zwycięstwo 2-1 na turnieju w Niemczech, a mi jakoś gdzieś siedziało w głowie tamto niepozorne 0-0, ręka Sydney Leroux w polu karnym i wreszcie pozbawiająca nas ewentualnego zwycięstwa technologia goal-line, która wykazała, że po główce Caroline Seger i ofiarnej interwencji Meghan Klingenberg futbolówka nie przekroczyła wówczas linii bramkowej. Wtedy szczęście ewidentnie nie było jednak po naszej stronie, ale wiele lat w piłce nauczyło mnie, że w tym sporcie jego ogólny bilans zazwyczaj wychodzi mniej więcej na zero. Tę prawdę cierpliwie staram się przekazać przede wszystkim sympatykom jednego klubu ze Skanii i mam wielką nadzieję, że oni również z zapartym tchem śledzili dziś rano przekaz z Melbourne, wyciągając z niego konstruktywne wnioski. Choć z drugiej strony, czy w takiej chwili da się myśleć i reagować do końca racjonalnie? Chyba nie. W każdym razie, o ile latem 2015 fortuna uśmiechnęła się do Amerykanek, o tyle po ośmiu latach zmieniła swoje wybranki, a konsekwencje tej zmiany okazały się dla niektórych niezwykle bolesne. W tym gronie nie będzie jednak na pewno Liny Hurtig, która z kolei wyrysowaną przez komputer linię ogłaszającą wszem i wobec koniec elektryzującej serii jedenastek może spokojnie wytatuować sobie niczym swego czasu Caroline Seger współrzędne geograficzne Maracany. Bo nie mamy wątpliwości, że dla mającej za sobą niezwykle trudny sezon klubowy skrzydłowej Arsenalu, był to moment absolutnie wyjątkowy. I między innymi dla takich właśnie przeżyć warto mierzyć się z codziennymi trudnościami.

Żadnego spośród siedmiu wykonywanych przez reprezentantki USA rzutów karnych nie obroniła Zecira Musovic, która jednak tym razem nie musiała tego robić. Próby nerwów nie wytrzymały bowiem kolejno Megan Rapinoe, Sophia Smith oraz Kelley O’Hara i to ich pudła sprawiły, że podopieczne selekcjonera Andonovskiego już dziś dołączyły do Niemek czy Kanadyjek, kończąc swoją tegoroczną, mundialową przygodę. Trzeba jednak bardzo wyraźnie podkreślić, że gdyby nie naprawdę solidna postawa golkiperki z Falun, to cała zabawa mogłaby się dziś zakończyć zdecydowanie wcześniej i patrząc z naszej perspektywy nie byłby to wcale happy end. Musovic weszła w mecz nieco elektrycznie, rozpoczynając go od dwóch niezbyt pewnych interwencji, ale im dłużej trwało to spotkanie, tym ważniejszą jego postacią stawała się zawodniczka londyńskiej Chelsea. Niestraszne były jej dwa kąśliwe strzały Alex Morgan, słynne na cały świat główki Lindsey Horan, czy wreszcie dynamiczne rajdy Rodman oraz Smith. Młodą gwiazdę Portland Thorns szwedzka bramkarka z powodzeniem zatrzymała nawet wtedy, gdy najbardziej wartościowa piłkarka ostatniego sezonu NWSL znalazła się na pozycji spalonej. Do występu perfekcyjnego zabrakło Musovic chyba tylko przynajmniej jednej odbitej jedenastki, ale z drugiej strony często powtarzam, że dla mnie ten aspekt stanowi jedynie wartość dodatkową, a golkiperki powinno rozliczać się w pierwszej kolejności z postawy na przestrzeni dziewięćdziesięciu lub stu dwudziestu minut. A za nią 27-latce z Dalarny należy się naprawdę wysoka ocena.

Tak, w zasadzie całe dzisiejsze starcie toczyło się pod dyktando Amerykanek, ale absolutnie nie była to powtórka z cierpienia, które przeżywaliśmy podczas Igrzysk w Rio. Zabrakło nam być może trochę konkretów z przodu, bo prawda jest taka, że bramce Alyssy Naeher przez ponad dwie godziny gry zagroziliśmy zaledwie dwukrotnie, a sytuacje te także trudno rozpatrywać w kategorii okazji stuprocentowych. W pierwszej połowie golkiperka Chicago Red Stars do wysiłku zmuszona została po jednym z rzutów rożnych, w końcówce regulaminowego czasu gry niesygnalizowanym strzałem spróbowała zaskoczyć ją rezerwowa Sofia Jakobsson, ale poza pojedynczymi, szwedzkimi zrywami kreować na boisku próbowały przede wszystkim wciąż jeszcze aktualne mistrzynie świata. Tyle tylko, że podejmować niepotrzebnego ryzyka wcale nie musieliśmy, gdyż na tablicy wyników niezmiennie utrzymywał się rezultat dający nam szansę awansu. Defensywa nie była zdecydowanie monolitem; a to Ilestedt nieuważnie złamała linię spalonego, a to Andersson dała się wkręcić w ziemię Smith, a gdy w dogrywce wprowadzona dosłownie chwilę wcześniej na plac gry Hanna Bennison całkowicie nierozważnym zagraniem w poprzek boiska napędziła amerykański atak, zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Jako się jednak rzekło, w takich stykowych momentach szczęście było dziś po naszej stronie. A na sam koniec mały, osobisty rewanż wzięła także Hurtig. Do czego nawiązuję? Do półfinału sprzed czterech lat z Holandią, kiedy to właśnie ona została przy wyniku 0-0 sfaulowana w holenderskiej szesnastce, co wyraźnie pokazuje nawet kadr, który trochę emocjonalnie zdecydowałem się wówczas wybrać do pomeczowej relacji. Wtedy sędziowski gwizdek złowieszczo milczał, ale dziś – w nieco innych okolicznościach – wybrzmiał i był to dla piłkarki Arsenalu naprawdę słodki dźwięk. To jeszcze raz, jak to było z tym szczęściem i pechem w futbolowych realiach?

W piątek czeka nas ćwierćfinał z Japonią, przed którym na pewno będziemy wielokrotnie odpowiadać na różne pytania. Na przykład takie, czy sto dwadzieścia minut rywalizacji z USA w połączeniu ze zdecydowanie krótszym odpoczynkiem może działać na naszą niekorzyść. Albo takie, czy to właściwie dobrze się stało, że w grze o strefę medalową trafiamy na rywalki, które przynajmniej na papierze całkiem dobrze pasują nam stylistycznie. Argumenty za i przeciw znów zaczną się sypać, ale… to dopiero za chwilę. Bo teraz wylogowujemy się do świata i ogłaszamy mu radosną nowinę, że te mistrzostwa dla nas trwają i trwać będą jeszcze przynajmniej pięć dni.

sweusa