W Malmö minus dwanaście

FCR-LFC-hemsidebild-230706

Starania Mii Persson nie pomogły mistrzyniom z Malmö powstrzymać rywalki z Linköping (Fot. FC Rosengård)

Nie bez problemów, nie bez przeszkód, nie bez nieoczekiwanych czasami turbulencji, ale wreszcie nadszedł ten moment, w którym z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku możemy zakrzyknąć: Zrobiliśmy to! Po trwającym właściwie nieprzerwanie od niemal pięciu miesięcy pucharowo-ligowym maratonie, rozciągnięta do granic wytrzymałości zimowo-wiosenno-letnia część rozgrywek oficjalnie dobiegła końca. I chyba dobrze się stało, gdyż niektórym coraz trudniej przychodziło ukrywanie, że w ostatnich tygodniach jechało się już bardziej na ambicji niż na umiejętnościach. Podsumowaniem całej rundy zajmiemy się jednak szczegółowo w osobnym wpisie, a póki co przyjrzyjmy się najciekawszym wydarzeniom wybitnie słonecznego, lipcowego weekendu na ligowych boiskach.

Siedemnasta kolejka przyniosła nam przede wszystkim dwa hitowe starcia, z których najbardziej frapująco zapowiadała się potyczka w Malmö. Trzynastokrotne mistrzynie Szwecji doskonale zdawały sobie sprawę, że nawet ewentualne zwycięstwo nad Linköping nie pozwoli im spędzić lata na ligowym podium, ale chęć rewanżu za dotkliwą porażkę sprzed kilku miesięcy była w zawodniczkach ze Skanii tak wielka, że trener Kjetselberg nie musiał martwić się o żadną dodatkową motywację. Kibice z Malmö swoje nadzieje wiązali przede wszystkim z kapitalnie dysponowaną ostatnimi czasy Olivią Holdt i 21-letnia Dunka jak najbardziej potwierdziła, że w tej fazie sezonu niezwykle trudno ją skutecznie powstrzymać. Bohaterka ubiegłorocznego dwumeczu z norweskim Brann ponownie wpisała się bowiem na listę strzelczyń, a jedynym zaskoczeniem był w tym wszystkim fakt, iż tym razem nie potrzebowała do tego nawet asysty ze strony Olivii Schough. Niestety dla fanów miejscowej drużyny, trochę podarowany przez defensywę LFC gol był jedynym, jakiego w piątkowy wieczór udało się strzelić gospodyniom. Zdecydowanie bardziej konkretne były natomiast gościnie z Linköping, które w tym naprawdę wyrównanym meczu górowały nad przeciwniczkami skutecznością i efektywnością. Ta różnica nie wzięła się jednak z niczego, gdyż rewelacyjna Yuka Momiki raz jeszcze pokazała nam jak wygląda futbolowa magia w japońskim wydaniu, zaś Cornelia Kapocs przypomniała, że jak nikt inny potrafi znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Swoje dorzuciły do tego niezmordowana Stina Lennartsson, wracająca do coraz wyższej dyspozycji Olga Ahtinen, a także nie bez przyczyny porównywana do Stiny Blackstenius Cathinka Tandberg i mała niespodzianka stała się faktem. A żegnający się po tym meczu z futbolem w wydaniu klubowym trener Jeglertz mógł tylko z radosnym uśmiechem na ustach przyglądać się, jak jego podopieczne dają obrończyniom mistrzowskiego tytułu koncert dokładnej, zespołowej gry. Po tej porażce Rosengård traci do lidera przejściowej tabeli już dwanaście punktów i chyba po raz pierwszy w tym wieku możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, że u progu lata najbardziej utytułowany szwedzki klub na dobre wypisał się z walki o mistrzostwo. Ciekawe czasy, prawda?

Wiele emocji towarzyszyło także rywalizacji Hammarby z Piteå. Rozpędzone zawodniczki z Södermalm dość nieoczekiwanie zgubiły dwa punkty w derbach na Grimsta Idrottsplats i w starciu z absolutną rewelacją rozgrywek pragnęły udowodnić, że było to wyłącznie drobne i niewiele znaczące potknięcie. Tak przynajmniej przedstawiała sprawę Madelen Janogy, która – podobnie jak kilka dni wcześniej – znów miała na nodze piłkę na wagę trzech punktów i raz jeszcze musiała obejść się smakiem. Podobnie zresztą jak każda z jej klubowych koleżanek, bo choć szczególnie w drugiej połowie boiskowa dominacja Hammarby nie podlegała dyskusji, to futbolówka ani myślała wpadać do siatki Samanthy Muprhy. A gdy wymagała tego potrzeba, to amerykańską golkiperkę Piteå skutecznie wyręczały jej koleżanki z bloku defensywnego. I choć obserwując determinację i zaangażowanie Kyry Cooney-Cross czy Ellen Wangerheim można żałować, że morze zielono-białych kibiców ze stolicy ponownie nie miało okazji do zaprezentowania nam niepohamowanego wybuchu radości, to jednak heroiczna postawa defensorek z Norrbotten również zasługuje na wielkie słowa uznania. A w sposób wyjątkowo szczególny wyróżnić należy kapitalny występ duetu Ellen Löfqvist – Wilma Carlsson, gdyż to właśnie para wymienionych tu stoperek wydatnie przyczyniła się do tego, iż ekipa z dalekiej Północy po raz trzeci w bieżącym roku kalendarzowym nie dała się pokonać zdecydowanie silniejszemu na papierze Hammarby (oczywiście mamy tu na myśli wynik w czasie regulaminowym). Podział punktów w Sztokholmie skwapliwie wykorzystały liderki z Hisingen, choć niewiele brakowało, a i one w nieprawdopodobnym stylu popsułyby sobie początek letnich urlopów. Rozczarowujące przez większą część rundy Örebro bardzo długo prowadziło bowiem na Bravida Arenie po golu Heidi Kollanen, a sytuacja gospodyń stałaby się jeszcze trudniejsza, gdyby tuż przed przerwą podyktowany został rzut karny za ewidentny faul Aivi Luik na Mai Bodin. W drugiej połowie gospodynie zabrały się jednak do odrabiania strat, a niezawodne Anvegård, Kafaji, Bergman Lundin i Larisey zadbały o to, aby na zachodnim wybrzeżu ponownie zapanował spokój i klimat radosnej, wakacyjnej sielanki.

A co wydarzyło się na pozostałych stadionach? Vittsjö dało do zrozumienia, że jest jedynym chyba zespołem, dla którego letnia przerwa mogłaby się w ogóle nie zaczynać, a jeśli już musi, to absolutnie nie w tym momencie. Przed tygodniem było sześć strzelonych goli i derbowa zabawa, tym razem licznik zatrzymał się na pięciu trafieniach, ale Rantala, Grant i spółka bawiły się z zagubionymi piłkarkami Djurgården tak okrutnie, że te ostatnie już po kwadransie miały ochotę jak najszybciej czmychnąć z powrotem do stolicy. Wrażenie z poprzedniego weekendu podtrzymał także Kristianstad, który nie tylko nie podniósł się po derbowej klęsce, ale przyjął jeszcze na to wszystko dwa niesygnalizowane ciosy od beniaminka z Uppsali. I tutaj jak najbardziej musimy przyklasnąć słowom trenerki Gunnarsdottir, że akurat z punktu widzenia KDFF pauza w rozgrywkach jest dla szukającego drugiego oddechu klubu swego rodzaju wybawieniem. Powody do zadowolenia mają za to sympatycy Norrköping, którzy licznie udali się wesołymi autobusami do Sztokholmu, aby obejrzeć zwycięstwo swoich piłkarek nad niezmiennie szukającą czegoś na kształt stabilizacji Brommą. Sam mecz był niesamowicie trudny do oglądania, ale przed przerwą trafiła Gustafsson, po przerwie poprawiła Woeller i zgadujemy, że akurat dla fanów z Östergötland brak sportowej jakości był akurat tego popołudnia najmniejszym problemem. A skoro wspominamy już o wątpliwym poziomie, to na koniec zaglądamy do Småland, gdzie na wysłużonym Värendsvallen Växjö podejmowało Kalmar. Co ciekawe, w meczu ekip, które wybitnie nas tej wiosny nie rozpieszczały, to gościnie sprawiały zdecydowanie lepsze wrażenie. Cóż jednak z tego, skoro po samobójczym trafieniu Charlene Nowotny na prowadzeniu znalazły się podopieczne trenera Unogårda, które korzystny dla siebie wynik utrzymały aż do czwartej minuty doliczonego czasu gry. Wtedy to, po zupełnie bezsensownym faulu tuż przy linii końcowej, Amanda Persson dośrodkowała na głowę wprowadzonej chwilę wcześniej na boisko Mai Landin, a ta bez zastanowienia wykorzystała brak jakiegokolwiek zainteresowania swoją osobą ze strony rywalek. Klub znad Bałtyku dopisał tym samym do swojego dorobku trzeci punkt, ale latem w Kalmarze będą musieli poszukać odpowiedzi na szereg ważnych pytań, z których zdecydowanie najważniejszym pozostaje to, czy ten projekt jest jeszcze sens kontynuować. Nie jest wielką tajemnicą, że w klubie źle dzieje się na wielu frontach, a skoro tak, to może zachowanie ostatniego wspomnienia w postaci całkiem efektownego gola na wagę remisu, nie byłoby wcale aż tak bezsensownym rozwiązaniem? I choć zawsze jesteśmy za tym, aby tabelę układać wyłącznie na podstawie boiskowych rozstrzygnięć, to jednak dogrywanie sezonu ma sens wyłącznie wówczas, gdy nie odbywa się ono kosztem łamania karier zawodniczek. Bez względu na wszystko, działaczom z Kalmaru życzymy, aby jakimś cudem udało im się podążyć drogą Kristianstadu, a nie Kungsbacki, choć widoki na to są na chwilę obecną mocno mgliste i to pomimo mocno grzejącego nas od niedawna słońca.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Czas zrzucić szaty ofiary!

anna_harrington

Melbourne w gotowości, piłkarski mundial tuż-tuż (Fot. Anna Harrington)

Swego czasu obiecałem, że od czasu do czasu wleci tu jakiś felieton niekoniecznie związany bezpośrednio z bieżącymi wydarzeniami na szwedzkich boiskach, a obietnic – nawet takich, o których nikt zdaje się już nie pamiętać – warto dotrzymywać. Dziś będzie jednak krótko i przynajmniej w założeniu treściwie, bo i okazja wyjątkowa. Tak, możemy narzekać na VAR (słusznie), trzydzieści dwa zespoły w drabince (bardzo słusznie) i setki innych, trochę psujących nam radość z nadejścia piłkarskiego lata pomysłów FIFA, ale nie da się zaprzeczyć, że rozgrywany na boiskach Nowej Zelandii i Australii mundial jest wielkim, sportowym wydarzeniem. I tego faktu nie powinien chyba podważać absolutnie nikt posiadający choć w minimalnym stopniu umiejętność logicznego myślenia i kojarzenia faktów. Choć z drugiej strony… ostatnio coraz częściej dopada mnie refleksja, że naszą wartość jako całego środowiska WoSo najchętniej, najskuteczniej i z zadziwiającą wręcz konsekwencją podkopujemy my sami. Skąd ta cokolwiek śmiała teza? Na początek zapoznajmy się z materiałem źródłowym:

To doskonale zapewne znany wam film wideo z Portugalii, który niezwykle szybko zyskał olbrzymią popularność w mediach społecznościowych. Wielu oglądających nazwało go pięknym, a nawet inspirującym i patrząc na liczbę lajków czy łapek w górę pod tymi wpisami (w trzeciej dekadzie XXI wieku to prawdopodobnie najbardziej wartościowy miernik) można założyć, że wiele osób podziela ten punkt widzenia. I super, każdy ma prawo do swojej opinii. A teraz zobaczmy, w jaki sposób do drugiego w historii udziału swoich piłkarek w mundialu ładują się w Szwajcarii, która – przypomnijmy – już za dwa lata ugości u siebie uczestniczki EURO 2025:

W teorii wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. W dość wymowny sposób zaprezentowano, jak długą drogę udało nam się przejść, aby wreszcie, po wielu dekadach trudów i wyzwań, znaleźć się w obecnym miejscu. Tyle tylko, że oglądam oba te filmiki po raz pierwszy i ani trochę nie wzbudzają one we mnie pozytywnych emocji. Podejmuję więc po kilku dniach kolejną próbę, następnie jeszcze jedną, ale efekt jest całkowicie odwrotny od oczekiwanego. Wiem, setkom osób się spodobały, a to oznacza mniej więcej tyle, że swoją rolę najwyraźniej spełniły. Jeśli jednak pozwolicie, to podzielę się w tym miejscu osobistymi wątpliwościami, z którymi oczywiście w najmniejszym stopniu nie musicie się zgadzać. A w moim pojmowaniu rzeczywistości pokazany powyżej przekaz zdecydowanie bardziej naszej dyscyplinie szkodzi niż pomaga, szczególnie jeśli analizujemy jego potencjalny efekt w nieco dalszej perspektywie.

Po pierwsze mam już serdecznie dość powielanych co i raz treści, których główna oś obraca się wokół tego, jak to przez kilkadziesiąt lat byliśmy przez wszystkich ignorowani, jak to nikt nie chciał w naszym kierunku nawet spojrzeć i jacy to my przez okrutny los pokrzywdzeni i w ogóle najbiedniejsi z biednych. Tak, zdaję sobie sprawę z zachodzących na naszych oczach kolosalnych zmian, bo tak się składa, że przy piłce jestem właściwie od lat dziewięćdziesiątych. Doskonale pamiętam więc realia końcówki poprzedniego wieku, kiedy to każdy mecz reprezentacji Niemiec z dowolnym, europejskim rywalem odbywał się na zasadzie one-way-traffic. A gdy francuska młodzieżówka potrafiła w pojedynczym spotkaniu zdominować Niemki w statystyce posiadania piłki, z miejsca stało się to wydarzeniem, obok którego nie dało się przejść obojętnie. Bliski był mi też świat futbolu w wydaniu klubowym, którego centrum nie znajdowało się bynajmniej w Londynie, Paryżu, Lyonie, czy Barcelonie, a w kilkudziesięciotysięcznym miasteczku w Västerbotten, nieopodal koła podbiegunowego. To wszystko z dzisiejszej perspektywy wydaje się całkowicie nierealne, a mówimy przecież o rzeczywistości sprzed zaledwie dwudziestu kilku lat. W tak krótkim czasie udało się nam nie tylko wejść do szeroko pojętego mainstreamu, ale wręcz go podbić. I wiecie co? I myślę, że dotarliśmy już do punktu, w którym możemy to po prostu celebrować. Bez patosu, bez poczucia wiecznej krzywdy, bez bezsensownego i niczym nieuzasadnionego kompleksu niższości wobec kogokolwiek, a z uśmiechem, dumą i radością. Tak, pamiętajmy o przeszłości i przy każdej możliwej okazji oddawajmy szacunek tym, bez których dziś by nas tu nie było. Ale przewróćmy wreszcie tę cholerną kartkę, która nie pozwala patrzeć nam przed i wokół siebie bez kompletnie zbędnego balastu. Drodzy Portugalczycy, ja rozumiem, że bliskie waszym sercom są takie słowa jak fado, czy saudade, ale nie wiem, czy wiecie, że za kilkanaście dni czeka was mundialowy debiut w grupie z aktualnymi mistrzyniami i wicemistrzyniami świata? Serio, nie wiem, czy wiecie, bo mniej więcej trzy czwarte wypuszczonego z tej okazji filmu utrzymaliście w klimacie summertime sadness. Drodzy Szwajcarzy, czy latem 2025 zamierzacie inspirować się pierwszą połową waszego mundialowego filmu, zapraszając do siebie gości z całego kontynentu na EURO ’25? Tak, pamięć o przeszłości jest ważna, ale życie przeszłością jest już niebezpieczne. Wybaczcie może zbyt daleko idące porównanie, ale czy wyobrażacie sobie, aby na przykład Malta zachęcała do odwiedzenia tej naprawdę pięknej wyspy kampanią, w której większość czasu antenowego zajęłoby przypominanie faktu, iż podczas drugiej wojny światowej kraj ten był jednym z najmocniej i najdłużej bombardowanych skrawków ziemi? Tak istotnie było, ale kto chce, ten się o tym dowie, a kto nie ma takiej potrzeby, będzie cieszył się plażą, słońcem i zasłużonym wypoczynkiem.

Przywołane tu filmy są jednak rzetelnym obrazem naszej społeczności jako całości. Kojarzycie hasztag #nikogo? Zapewne, bo kto by nie kojarzył. W nieco zmodyfikowanej formie pojawia się on zresztą w wielu wersjach językowych i w każdej z nich wzbudza podobne emocje. Z jakiegoś magicznego i kompletnie nieznanego mi powodu wielu z nas na widok wspomnianej kratki czuje w sobie przypływ obowiązku, aby od razu wytłumaczyć wszystkim, że piłka nożna w kobiecym wydaniu to super sport, którym absolutnie każdy powinien się zainteresować i za miesiąc recytować z pamięci wyjściową jedenastkę Realu Sociedad czy innego Hoffenheim. Albo, w wersji nieco bardziej hardcore, wtedy właśnie zaczyna się prowadząca absolutnie donikąd wymiana docinek i innych uprzejmości. Czy ma to w ogóle jakiś sens? Moim zdaniem nie. Ostatnio znalazłem się zresztą w odwrotnej sytuacji, bo gdy w towarzystwie osób zajmujących się na co dzień futbolem mężczyzn przyznałem, że nie mam pojęcia, kto jest aktualnym mistrzem świata (teraz już wiem, bo jestem świeżo po researchu na temat naszej grupy G), to nikt z moich rozmówców nie zaczął ani mnie prowokować, ani przekonywać do błyskawicznej zmiany zainteresowań. I my też naprawdę nie musimy na każdym kroku udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami. Ktoś nie zamierza oglądać australijsko-nowozelandzkiego mundialu? Spoko. Ktoś czuje potrzebę, aby obwieścić to publicznie? Spoko. Ja też nie oglądałem na przykład mistrzostw świata w hokeju na lodzie i właśnie oficjalnie o tym informuję. I uwierzcie mi, że po tej łamiącej informacji hokej istnieć nie przestanie. Wiem, że wielu z was przyświecają jednoznacznie dobre intencje, ale pamiętajcie, że odpowiadając ewidentnym prowokatorom, tak naprawdę karmicie ich swoimi emocjami. A to z kolei przyniesie raczej efekt dokładnie przeciwny od tego, który chcielibyście osiągnąć. My naprawdę funkcjonujemy dziś w rzeczywistości, w której nikt normalny nie wymaga od nas, abyśmy co i rusz udowadniali, że zasługujemy na miejsce przy stole. My przy nim po prostu na pełnych prawach siedzimy. W Wielkiej Brytanii wizerunki piłkarek znajdziemy na płatkach, napojach, okładkach magazynów, czy gigantycznych graffiti, w Melbourne czy Sydney na miejskich tramwajach, o Holandii czy USA nawet nie wspominam, bo to zupełnie osobna historia. Czy naprawdę potrzebujemy kolejnych dowodów na to, że my już jesteśmy częścią głównego nurtu i żadne hejty, lamenty, czy marne prowokacje tego nie zmienią? Oczywiście, zawsze może być jeszcze lepiej i jak najbardziej idźmy dalej tą drogą, ale już teraz źle naprawdę nie jest.

Gdy ostatnio Reading ogłosił, że w kolejnym sezonie sekcja piłkarek zdegradowanego z FA WSL klubu będzie funkcjonować w trybie półzawodowym, od razu pojawiła się lawina komentarzy, że to krok w tył dla dyscypliny, przekreślenie wszystkich dotychczasowych osiągnięć i w ogóle Armagedon czai się za rogiem. A ja czytałem te katastroficzne wpisy i ponownie zastanawiałem się jak głęboko zakorzenił się w nas ten gen wiecznej ofiary. Otóż nie, sytuacja w Reading nie jest wcale zapowiedzią upadku czegokolwiek, a całkowicie normalną koleją rzeczy, która w zależności od wielu czynników może mieć miejsce w absolutnie każdym biznesie. Wiecie, że w piłce ręcznej mężczyzn finaliści tegorocznej edycji Ligi Mistrzów dosłownie balansowali na krawędzi bankructwa? Że medalistka mistrzostw świata i cyklu Grand Prix w łyżwiarstwie figurowym dosłownie chwilę temu organizowała internetowe zbiórki, aby opłacić swoje treningi? Przykładów szukać można zresztą nie tylko w świecie sportu, wszak nie tak dawno wszyscy funkcjonowaliśmy w trybie epidemicznym, który odcisnął swoje nieodwracalne piętno w zasadzie wszędzie. To wszystko przyjmujemy jednak z mniejszym lub większym zrozumieniem, ale gdy tylko w kłopotach znajdzie się piłkarski klub, w naszych głowach zawsze i bezwarunkowo jest to następstwem nieuczciwego traktowania na przestrzeni dekad, a poczucie pokrzywdzenia znów wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

Po co w ogóle o tym wszystkim piszę? Cóż, składa się tak, że jestem osobą, która w wieku późno nastoletnim dowiedziała się, że od tej pory moje życie nie będzie już wyglądało tak samo jak dotychczas. I o ile żaden moment nie jest dobry na otrzymanie takich informacji, to ten wydawał mi się absolutnie najgorszym z możliwych. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, ale bogatszy o te doświadczenia wiem, że dopóki poczucie krzywdy i niesprawiedliwości jest tak silne, że pozwalamy mu przejąć kontrolę nad naszymi emocjami, nigdy nie będziemy w stanie tak naprawdę pójść dalej i w pełni cieszyć się codziennością. Przekładając to na naszą rzeczywistość, jeżeli wreszcie nie zrobimy tego kroku naprzód, to nie będziemy odczuwać realnej satysfakcji nawet wtedy, gdy zbudujemy stadion na milion widzów i wyprzedamy go w pół godziny. A jeśli sami zaczniemy szanować się tak, jak na to zasługujemy, to o szacunek ze strony innych jestem całkowicie spokojny. Z tego powodu, w przededniu kolejnego mundialu życzę nam, abyśmy wreszcie przestali produkować materiały wideo, w których sami siebie podświadomie przedstawiamy jako produkt zastępczy drugiej kategorii. Skończmy z myśleniem, że latem 2023 TEŻ odbywa się mundial, a zamiast tego zacznijmy myśleć, że latem 2023… po prostu odbywa się mundial. Bo to nie jest TEŻ mundial, lecz TEN mundial. Jedna literka, a tak wiele zmienia. A to, że da się najważniejszą imprezę czterolecia celebrować bez cierpiętniczego patosu i smutnej muzyczki w tle, całkiem zgrabnie pokazali nam Amerykanie. I muszę przyznać, że oglądając tę zapowiedź nawet turniej z VAR-em od razu staje się ciekawszy, a na jego rozpoczęcie czeka się z niemałą ekscytacją. Zostawiam was więc z amerykańską perełką, życząc przy okazji emocjonującego i wypełnionego szczerą, piłkarską radością lata. Bo bez względu na to, które kolory są nam najbliższe na co dzień, już za moment rozpoczyna się nasze wspólne święto. Udanego świętowania!

Festyn à la Vittsjö

eberlund

Na tak grające Vittsjö kibice w Hässleholm i okolicach czekali od początku sezonu (Fot. Henrik Eberlund)

Przez piętnaście kolejek grały tak, że nawet przy najbardziej pozytywnym nastawieniu trudno było dostrzec w nich drużynę przynależącą do naszej, ligowej Wielkiej Szóstki. Derby podobno rządzą się jednak własnymi prawami i chyba faktycznie coś w tym musi być, bo od tak fantastycznie dysponowanego Vittsjö zdążyliśmy się już zupełnie odzwyczaić. Paradoksalnie, o tym jak dobrze grać w piłkę, podopieczne Ulfa Kristianssona przypomniały sobie w dniu, który na nowym stadionie w Kristianstad miał być czymś w rodzaju małego, lokalnego święta. Był więc mini-festyn, był okolicznościowy tort w klubowych barwach, była wreszcie rekordowa frekwencja, ale licznie wypełniający trybuny futbolowej areny miejscowi fani doczekali się także czegoś, co absolutnie nie było tego wieczora elementem scenariusza – rekordowej porażki. Co więcej, poniesionej w tym bardziej upokarzającym stylu, że wszystko zaczęło się przecież z perspektywy gospodyń jak najbardziej planowo. W 18. minucie niezawodna Evelyne Viens wykorzystała nieporozumienie pomiędzy Sandrą Adolfsson oraz Elaine Burdett, przecięła zbyt słabe podanie do bramkarki i w swoim stylu dopełniła formalności. Z prowadzenia Pomarańczowe cieszyły się jednak zaledwie kilkadziesiąt sekund, a gdy Jutta Rantala błyskawicznie wyrównała stan rywalizacji, spodziewaliśmy się, że oto jesteśmy świadkami początku epickiej wymiany ciosów w wykonaniu dwóch mających sobie naprawdę sporo do udowodnienia derbowych rywali. Założenia te okazały się jednak kompletnie nietrafione, gdyż od tego momentu, aż do ostatniego gwizdka, na murawie w Kristianstad istniała w zasadzie tylko jedna drużyna. I ku rozpaczy miejscowych były to gościnie z Vittsjö.

Przed przerwą piłkarkom ze wsi nieopodal Hässleholm udało się całkowicie zdominować boiskowe wydarzenia, ale do pełni szczęścia zdecydowanie brakowało im skuteczności. Sama Linda Sällström na przerwę mogła już schodzić z hat-trickiem na koncie, ale – choć wydaje się to wprost niewyobrażalne – jej strzelecki licznik ani myślał drgnąć. I to bynajmniej nie z tego powodu, że fińska weteranka robiła cokolwiek źle; po prostu czasami w futbolu zdarzają się takie dni, że piłka za nic w świecie nie chce wpadać do siatki. I z tym właśnie problemem w pierwszej połowie nieustannie mierzyła się nie tylko wspomniana Sällström, ale również Clara Markstedt oraz Hanna Ekengren. Na szczęście dla Vittsjö, mecz trwa nie czterdzieści pięć, lecz dziewięćdziesiąt minut, a po powrocie obu ekip z szatni fortuna najwyraźniej uznała, że wystarczająco długo znęcała się nad zawodniczkami w czerwono-niebieskich strojach i najwyższy czas oddać to, co im należne. A ponieważ wdzięczne za taki obrót wydarzeń piłkarki Ulfa Kristianssona ani myślały się zatrzymywać, to można było ogłosić oficjalne otwarcie festiwalu strzeleckiego w północno-wschodniej Skanii. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… – wszystko do jednej bramki, a był to naprawdę najniższy możliwy wymiar kary. Bezradność gospodyń była aż tak wyraźna, że dostroili się do niej także kibice Kristianstad, także całkowicie oddając pole przyjezdnym z Vittsjö. Ostatni kwadrans upłynął nam więc w rytm doskonale znanych w Hässleholm i okolicach przyśpiewek, a indywidualnych laurek na swoją cześć doczekały się w tym okresie Nellie Persson, Clara Markstedt, Jutta Rantala oraz Hanna Ekengren. I bardzo dobrze, gdyż to właśnie ten kwartet – do spółki z zawsze gotowym do działania australijskim wsparciem – sprawił, że na naszych oczach wydarzył się mecz, którego ani w Vittsjö, ani w Kristianstad z pewnością nie zapomną długo. Choć oczywiście z kompletnie różnych powodów.

Najbardziej wyrównane piłkarsko starcia szesnastej kolejki obejrzeliśmy w Malmö oraz w Örebro. Rywalizacja trzynastokrotnych mistrzyń Szwecji z absolutnym beniaminkiem miała wyraźnego faworyta, ale na boisku różnicy klas między zespołami nie było widać ani przez chwilę (no, może z wyłączeniem pierwszego kwadransa drugiej połowy). Co więcej, biorąc pod uwagę cały mecz to przyjezdne stworzyły sobie nieco więcej czystych okazji strzeleckich i w Norrköping pewnie do teraz głowią się, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby My Cato wykorzystała przynajmniej jedną z sytuacji sam na sam z Teagan Micah, a Wilma Leidhammar nie spudłowała mając przed sobą w zasadzie pustą bramkę. Podobnie jak w niedawnych derbach Östergötland, skuteczność zdecydowanie nie była jednak domeną podopiecznych trenera Fredheima, co skrzętnie i bez skrupułów wykorzystały zdecydowanie bardziej zaprawione w pierwszoligowych bojach rywalki. W 74. minucie Gudrun Arnardottir wykorzystała zamieszanie w polu karnym gościń po strzale Mii Persson i choć zawodniczki z Norrköping sygnalizowały a to faul, a to spalonego, to powtórki jednoznacznie pokazały, iż prowadząca to spotkanie Hanna Laajanen nie popełniła błędu uznając gola. Honor tegorocznych beniaminków trochę niespodziewanie obroniło jednak Växjö, przywożąc komplet punktów z wietrznej Behrn Areny. Jeśli jednak Olof Unogård ma w swojej talii taką snajperkę jak Evelyn Ijeh i taką liderkę drugiej linii jak Alexandra Jonasson, to jest to bez wątpienia znak, że tego zespołu nigdy nie można przedwcześnie skreślać. W rywalizacji z Örebro trzy składne, zespołowe akcje pozwoliły gościniom odskoczyć na dwubramkowe prowadzenie i choć druga część meczu zdecydowanie należała już do gospodyń, to poniesionych wcześniej strat nie udało się nawet odrobić. Po ostatnim gwizdku trener Rickard Johansson w mocnych słowach skrytykował postawę sędziego, ale w Närke pretensje po tym meczu powinni mieć przede wszystkim do siebie. A efektowny gol Mai Bodin, choć zakręci się pewnie w okolicach nominacji do bramki miesiąca, nie jest z pewnością żadnym realnym pocieszeniem. Mocno jednostronny przebieg miały przez większą część meczu poniedziałkowe derby Sztokholmu, w których Zachód zmierzył się z Południem. Hammarby w sposób bezapelacyjny zdominowało niemal wszystkie znane nam statystyki, wymieniało setki podań, seryjnie biło rzuty rożne i wolne, ale w żaden sposób nie potrafiło znaleźć metody na rozmontowanie szczelnego, pięcioosobowego bloku defensywnego z Brommy. A gdy sztuka ta ostatecznie się udawała, to na drodze do pełni szczęścia stawała Zielono-Białym kapitalnie dysponowana Nichole Persson odbijająca dosłownie każdą lecącą w jej kierunku piłkę. Efekt? Rozpędzone Bajen zostawiło na Grimsta IP dwa niezwykle ważne punkty, na domiar złego tracąc w drugiej połowie dwie niezwykle ważne piłkarki. Z powodu źle wyglądających urazów murawę przedwcześnie opuścić musiały bowiem Maika Hamano oraz Anna Tamminen.

Pewne zwycięstwa w komplecie odniosły natomiast pozostałe drużyny ze ścisłej czołówki. Häcken pojechał pobawić się w Kalmarze i właściwie w ogóle nie zajmowalibyśmy się tym meczem, gdyby kolejnego powodu do wymienienia jej z imienia i nazwiska nie dała nam Marika Bergman Lundin. Zarówno ona, jak i Anna Anvegård raz jeszcze potwierdziły, że bez nich w składzie liderkom z Hisingen grałoby się zdecydowanie trudniej. Pomimo heroicznej postawy Milli-Maj Majasaari w bramce Uppsali trzeci z beniaminków wysoko przegrał w Linköping. Sygnał do ataku jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa dała Yuka Momiki, a gdy Japonka dobrze wchodzi w mecz, to dla rywalek zawsze jest to zwiastunem nadchodzących kłopotów i nie inaczej było także w niedzielne popołudnie. Tuva Skoog była natomiast cokolwiek niespodziewaną bohaterką rywalizacji Piteå z Djurgården, która od pierwszych do ostatnich minut przebiegała pod całkowite dyktando zawodniczek z Norrbotten.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Drużyna miesiąca – czerwiec

Bramkarka

t1

W Södermalm nazywają ją fińską ścianą, ale nie jest to bynajmniej ani trochę na wyrost. W maju wzniosła się na swój absolutnie szczytowy poziom, a w czerwcu niezmiennie kontynuowała wybitne granie. Stawała się pierwszoplanową postacią właśnie wtedy, gdy jej pomoc okazywała się szczególnie niezbędna. Tak było w rywalizacji przeciwko Örebro, kiedy to w fenomenalnym stylu obroniła karnego swojej rodaczki Kollanen, tak było w domowym meczu z Norrköping, gdy przed przerwą trzema najwyższej klasy interwencjami właściwie utrzymała swój zespół w grze, tak było również w niedawnej konfrontacji z Vittsjö. Damallsvenskan nie jest ligą, w której bramkarki często kradną show koleżankom z pola, ale Tamminen najwyraźniej zapragnęła tę niepisaną zasadę zmienić. I trzeba przyznać, że jest na najlepszej ku temu drodze.

Obrończynie

t2

Gdy doświadczona Ivarsson wskakiwała do wyjściowej jedenastki Kristianstad w miejsce kontuzjowanej Amerykanki Brewster, fani klubu z północno-wschodniej Skanii mieli w tej kwestii mocno ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony zawsze miło przywitać na placu klubową legendę, ale z drugiej jej forma wydawała się nie lada zagadką. Szybko okazało się jednak, że w futbolu pewnych rzeczy najwyraźniej się nie zapomina, a dwie interwencje dosłownie na linii bramkowej w dwumeczu przeciwko Häcken mocno utrudniły życie liderkom z Hisingen. Słowaczka Fischerova reprezentuje na co dzień klub, którego na poziomie pierwszoligowym oglądać zdecydowanie nie powinniśmy, ale ona sama robi co może, aby ligową sytuację Kalmaru choć trochę poprawić. A może naprawdę wiele, o czym nie tak dawno przekonały się między innymi Anam Imo oraz Evelyne Viens. Całkiem niezły zestawik, prawda? Nellie Karlsson to z kolei jedna z najbardziej niedocenianych szwedzkich defensorek i sytuacja ta nie zmienia się bez względu na to, w jakich barwach mamy przyjemność ją oglądać. Coś wiedzą na ten temat w Djurgården, gdyż to właśnie potyczki z Dumą Sztokholmu rosła stoperka ostatnimi czasy upodobała sobie najbardziej.

Pomocniczki

t3

Gdy myślisz o Häcken, w pierwszej kolejności masz przed oczami takie nazwiska jak Kafaji, Sandberg, Larisey, czy Anvegård. I bardzo słusznie, gdyż każda z wymienionych udowadniała tej wiosny, że w pełni zasługuje na regularne występy w zespole niekwestionowanych liderek Damallsvenskan. Czerwiec należał jednak przede wszystkim do duetu środkowych pomocniczek, które w nagłówkach internetowych portali pojawiają się niezwykle rzadko, ale na boisku ich wkład w kolejne zwycięstwa jest nie do przecenienia. Skoro w centralnej strefie stawiamy na powtarzalność i solidność, to na bokach pomocy przyda się szczypta fantazji, którą niewątpliwie dostarczy nam Yuka Momiki. Wychowana w USA Japonka nie wybiera się wprawdzie na mundial do Australii i Nowej Zelandii, ale o ile kadra byłych mistrzyń świata prawdopodobnie sobie bez niej poradzi, o tyle w Linköping jej obecność na placu gry nierzadko stanowi gwarancję sportowej jakości. O tę ostatnią nie musimy się martwić także w przypadku Olivii Schough, która pomimo mocno nierównej dyspozycji Rosengård niezmiennie robi swoje, umacniając się w ścisłej czołówce klasyfikacji zarówno strzelczyń, jak i asystentek.

Napastniczki

t4

Czekały prawie trzydzieści lat i wreszcie się doczekały! Finał Pucharu Szwecji był wspaniałym świętem zielono-białej części Sztokholmu, a najbardziej wartościową zawodniczką tego arcyważnego meczu niemal jednogłośnie wybrano Madelen Janogy. 27-letnia napastniczka z Falköping nie zamierzała jednak zadowalać się pojedynczym sukcesem, a jej trafienia w kolejnych potyczkach ligowych sprawiły, że Hammarby cały czas pozostaje w grze o podwójną koronę i nie jest w niej bynajmniej bez szans. Swoje momenty chwały przeżywały w czerwcu również dwie pozostałe zawodniczki wybrane do jedenastki miesiąca. Dunka Olivia Holdt pokazała jak wzorowo może wyglądać na boisku współpraca dwóch imienniczek, a Cornelia Kapocs udowodniła, że tytuł szwedzkiego Odkrycia Roku sprzed trzech lat nie trafił do niej z przypadku.


june

Anna Tamminen (Hammarby) – Therese Ivarsson (Kristianstad), Patricia Fischerova (Kalmar), Nellie Karlsson (Linköping) – Yuka Momiki (Linköping), Filippa Curmark (Häcken), Marika Bergman Lundin (Häcken), Olivia Schough (Rosengård) – Olivia Holdt (Rosengård), Cornelia Kapocs (Linköping) – Madelen Janogy (Hammarby)