Ostatni taki mecz?

friends_2019_tyskland

Friends Arena w Sztokholmie na szansę gościć mecz finałowy EURO 2025 (Fot. Bildbyrån)

Kończący się właśnie tydzień przyniósł nam emocje nie tylko sportowe i choć oficjalne ogłoszenie kandydatury krajów nordyckich jako potencjalnego organizatora EURO 2025 odbyło się bez wielkich fajerwerków, to – paradoksalnie – nie będzie chyba lepszego momentu, aby pochylić się nad tą kwestią nieco dłużej. Tym bardziej, że pomimo wielu wątpliwości i znaków zapytania, naprawdę warto trzymać kciuki na powodzenie tego projektu. A powody, aby tak czynić, są o dziwo przede wszystkim piłkarskie.

Chcąc, nie chcąc, gdy futbol miesza się w jakimś stopniu z polityką (a wybór gospodarza dużego turnieju jak najbardziej możemy zaliczyć do szeroko rozumianej polityki), niezwykle trudno o całkowity obiektywizm. Z tego powodu, od tego miejsca pozwolę sobie na kontynuowanie tego tekstu w pierwszej osobie, gdyż wszelkie zamieszczone w nim przemyślenia są całkowicie subiektywne. A bardziej uważni czytelnicy pamiętają zapewne, że o ile od samego początku byłem ogromnym entuzjastą projektu Nordic Vision 2027, o tyle temat organizacji na Północy EURO 2025 nigdy przesadnie mnie nie ekscytował. A odpowiedzialnych za taki stan rzeczy było zaskakująco wiele czynników. Po pierwsze, nie uważam, aby nawet w rozszerzonej, szesnastozespołowej formule, piłkarskie mistrzostwa Europy potrzebowały aż czterech krajów-gospodarzy. Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, co i kto rządzi współczesnym futbolem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że UEFA oraz FIFA najchętniej przyznawałyby prawo organizacji dużych imprez kilkunastu lub kilkudziesięciu krajom. A gdyby jeszcze udało się dołożyć do tego półfinał na Marsie i finał na Wenus, to tym lepiej dla sprawy. Bo przecież kluczowy w tej układance kibic telewizyjny i tak usiądzie przed ekranem, nie odczuwając przesadnego dyskomfortu z powodu tego, iż popołudniowy mecz rozgrywany jest w Helsinkach, wieczorny w Toronto, a jutro rano będziemy się łączyć z Sydney. Tyle tylko, że takie podejście już do końca obdziera finały mundialu czy EURO z ich wyjątkowości i ekskluzywności. I o ile zdążyliśmy już pogodzić się z faktem, że poprzez sztuczne rozszerzanie turniejów odebrano nam w znacznej mierze aspekt emocji sportowych (bo niezaangażowani kibice spokojnie mogą rozpocząć oglądanie od fazy pucharowej, odpuszczając sobie ekscytujące pojedynki USA z Tajlandią, czy Niemiec z innym Wietnamem), o tyle obok niszczenia specjalnego klimatu i otoczki okołosportowej trudno przejść obojętnie. Bo przynajmniej z mojej perspektywy, każde mistrzostwa były kompleksową przygodą, podczas której można było zanurzyć się w kulturze i zwyczajach kraju-gospodarza, oddychać życiem ulic Nicei, Winnipeg, czy Leverkusen, mając przy tym poczucie bycia częścią czegoś … nie, nie wielkiego (na tym akurat nigdy mi nie zależało), ale z pewnością wyjątkowego. Wciąż całkiem świeże są przecież w pamięci wspomnienia z EURO 2013 i powiem szczerze, że zdecydowanie bardziej niż obronione przez Nadine Angerer rzuty karne z tamtą imprezą kojarzą mi się mini-turnieje dla dzieci w centrum handlowym Nordstan, kłódka pozostawiona przez reprezentantki Niemiec na moście w Malmö, czy wreszcie pochód duńskich kibiców przez centrum Göteborga. Na koniec dnia, to właśnie takie obrazki zostają z nami najdłużej, a szesnastozespołowy turniej z czterema gospodarzami raczej nam ich w tej formie nie zapewni. W zamian dostaniemy coś na kształt Elite Round siedemnastek lub dziewiętnastek, bo każdy kraj będzie tak naprawdę żył wyłącznie wynikami jednej, swojej grupy. A później jeszcze dwa-trzy mecze fazy pucharowej i zamykamy bazarek. Cóż, przynajmniej z mojej perspektywy nie brzmi to jak przepis na niezapomniane, wypełnione sportowymi i kulturalnymi emocjami lato.

Są jednak jeszcze inne, choć powiązane z powyższym powody, dla których kandydatura krajów nordyckich nie jest dla mnie całkowicie optymalna. Nie o wszystkich zamierzam tu wspominać, gdyż ten tekst rozrósłby się wówczas do zdecydowanie przekraczających dobre obyczaje rozmiarów, ale o jednym z nich wspomnieć zdecydowanie warto. Otóż federacją, która jako pierwsza zgłosiła chęć organizacji EURO 2025 była Dania i za cieśniną Sund temat ten był żywy już wtedy, kiedy w Szwecji mieliśmy głowy zaprzątnięte raczej mundialem 2027. Jasne, polityka wymaga od wszystkich elastyczności, ale jednak trochę gryzie mnie fakt, iż ewentualny finał wspólnej, nordyckiej imprezy miałby ostatecznie odbyć się w aglomeracji sztokholmskiej. Dopiero co obchodziliśmy przecież pięćdziesiątą rocznicę wywalczenia przez duńskie piłkarki mistrzostwa świata (tego sprzed ery FIFA, to fakt) i taki finał w Kopenhadze byłby naprawdę pięknym hołdem dla duńskiego wkładu w rozwój światowego futbolu przez ostatnie pół wieku. A wkład ten był, z czego doskonale zdajemy sobie sprawę, absolutnie niezaprzeczalny. Niestety, jedynym czynnikiem decydującym o podziale ról w tym nordyckim teatrze, okazały się ostatecznie pojemności stadionów personalne wpływy we władzach centralnych. Siląc się na żart, można byłoby podsumować to stwierdzeniem, że w nazywaniu krajów Północy ostatnimi bastionami socjalizmu w świecie Zachodu jest jednak jakieś ziarno prawdy.

W tym miejscu zasadne wydaje się jednak pytanie: Skoro nie kraje nordyckie, to kto? I akurat tutaj na brak dobrych odpowiedzi bynajmniej nie narzekamy. Bardzo mocnym kandydatem jest oczywiście Polska, czyli kraj, który jak mało kto potrafi organizować wielkie turnieje na absolutnie najwyższym poziomie. W tym przypadku kwestią problematyczną pozostaje jednak takt, iż mówimy o reprezentacji, która jeszcze nigdy w swojej historii nie uczestniczyła w finałach EURO lub MŚ. I choć pod względem sportowym Ewa Pajor z koleżankami z pewnością byłyby w pełni gotowe na lato 2025 i miałyby nawet potencjał na zostanie rewelacją tej imprezy, to jednak pierwszy awans zdecydowanie lepiej smakuje wywalczony w boiskowej rywalizacji, a nie w zaciszu gabinetowych ustaleń. Takich dylematów nie byłoby w przypadku kandydatury ukraińskiej, która to szczególnie po selekcjonerskiej nominacji Lluisa Cortesa stała się moim cichym faworytem tego wyścigu. W tym temacie niestety wszystko zmieniła aktualna sytuacja polityczna i na dziś, nawet w przypadku przyjęcia najbardziej optymistycznego scenariusza, organizacja takiego przedsięwzięcia byłaby niezwykle trudna do przeprowadzenia w zasadzie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Dlatego więc, gdybym mógł oddać głos i oficjalnie wesprzeć jedną z kandydatur, zdecydowałbym się na Szwajcarię (wspartą oczywiście stadionem w Vaduz). Wydaje się bowiem, że takie kompaktowe finały EURO w stosunkowo niewielkim powierzchniowo kraju byłyby wspaniałą odtrutką na coraz bardziej absurdalne pomysły ze strony UEFA i FIFA, które – nie łudźmy się – jeszcze nie osiągnęły swojego apogeum. Przez kilkanaście ostatnich lat zdążyłem się jednak przyzwyczaić, że moje spojrzenie na wiele spraw jest zdecydowanie dalekie od tego mainstreamowego (albo mówiąc nieco bardziej precyzyjnie – że wyprzedza ono myślenie mainstreamowe), więc ani trochę nie dziwi mnie, iż Szwajcaria uważana jest w tym wyścigu za jednego z underdogów.

No dobrze, ale skoro nordycka kandydatura jest z mojej perspektywy stosunkowo mało atrakcyjna, to dlaczego rozpocząłem ten tekst od jasnej deklaracji, że z całego serca życzę jej powodzenia? Odpowiedź znów jest tu banalnie prosta: Ponieważ nie chcę więcej oglądać tego, co właśnie obejrzałem na stadionie w Gori. A w przypadku klepnięcia awansu do Australii i Nowej Zelandii w najbliższy wtorek i jednoczesnym wywalczeniu prawa organizacji EURO 2025, miałbym pewność, że reprezentacja Szwecji przez prawie cztery lata nie będzie musiała rozgrywać żadnych śmiesznych eliminacji. Doceniam przy tym fakt, że tym razem w losowaniu mocno sprzyjała nam fortuna, bo na przykład takie Dunki na mundial pojadą, nie rozgrywając wcześniej choćby jednego poważnego meczu (to chyba jakiś nowy rekord). I tak, doskonale wiem, że UEFA już zapowiedziała całkowite przemodelowanie systemu kwalifikacji, bo już nawet w głuchej na jakiekolwiek życzliwe sugestie piłkarskiej centrali komuś zapaliła się czerwona lampka sugerująca, że coś tu ewidentnie nie gra. I nie mam wątpliwości, że tym razem do owych zmian faktycznie dojdzie, a nie – jak było to chociażby ostatnim razem – całkiem rozsądny projekt wyłoży się finalnie na ostatniej prostej. Tyle tylko, że ja już Wam – drodzy futbolowi decydenci – kompletnie nie wierzę. Szanowny Aleksandrze Ceferinie, szanowna Nadine Kessler: swoimi działaniami doszliście do punktu, w którym moje zaufanie do Was i do Waszych kolejnych pomysłów jest bliskie zeru i dziś bałbym się powierzyć Wam wykonanie najprostszej, codziennej czynności, bo z tyłu głowy krążyłaby mi myśl, że i tak na pewno coś po drodze spieprzycie. Zupełnie jak bohater tego słynnego mema od You had one job. Bo należycie do tych, których można ostrzegać, że jedziecie na czołowe zderzenie ze ścianą, ale powaga sytuacji dociera do Was dopiero, gdy w nią z całym impetem przywalicie. I to dla pewności pięć razy. A już tłumaczenia, że Łotyszki w Anglii zagrałyby inaczej, gdyby mogły skorzystać z kilku nieobecnych zawodniczek, były na tyle absurdalne, że trudno je w jakikolwiek mądry sposób skomentować. To tak, jakbym postanowił ścigać się z mistrzem świata w sprincie, a następnie stwierdził, że wyścig wyglądałby inaczej, gdybym minimalnie nie spóźnił momentu wyjścia z bloków startowych. Znaleźlibyśmy się wówczas na mniej więcej podobnym poziomie nonsensu.

Raz jeszcze podkreślę, że nie mam wątpliwości co do tego, że organizacja rozgrywek reprezentacyjnych w Europie ulegnie w najbliższej przyszłości znaczącej poprawie. Ale to głównie z tej przyczyny, że gorzej niż obecnie być po prostu nie może. Wymyślenie bardziej sprawiedliwego systemu niż ten, którym poczęstowaliście nas przy okazji eliminacji MŚ 2023, nie jawi się jako szczególnie trudne zadanie. Na stole leży całkiem konkretny pomysł przywrócenia grup A i B (coś na kształt systemu z umiarkowanym powodzeniem obowiązującego od niedawna w rozgrywkach młodzieżowych), sporo można pokombinować w temacie dwu-, a nawet trzystopniowych kwalifikacji, ciekawą ideą są ponadto rozgrywki Europejskiej Ligi Narodów z systemem spadków i awansów jak w hokeju na lodzie. Nawiasem mówiąc, te ostatnie mogłyby nawet docelowo zastąpić w kalendarzu mistrzostwa Europy, ale ten pomysł zapewne napotka na spory opór sami-wiecie-kogo, bo przecież im więcej turniejów tym lepiej, nawet jeśli gramy w nich de facto o to samo. Nie ma jednak większego sensu analizowanie, czy przygotowywanie ewentualnych projektów, bo to w UEFA siedzą ludzie, którzy pobierają za to wynagrodzenie. A ostatnimi czasy, jeśli nasza dyscyplina staje się coraz bardziej atrakcyjna, to dzieje się to bardziej pomimo, a nie dzięki ideom wypływającym z Nyonu nad Jeziorem Genewskim. I nawet jeśli kolejny pomysł okaże się bardziej trafny niż wszystkie poprzednie razem wzięte (szanse małe, ale zawsze), to wykształcony w minionych latach sceptycyzm każe mi jednak dla bezpieczeństwa obserwować całe to przedsięwzięcie z pewnego dystansu. A do tego możemy potrzebować organizacji kilku meczów EURO 2025 w dwóch (!) szwedzkich miastach. Obecny układ sił wskazuje na to, że szanse na taki obrót spraw wydają się całkiem spore, wahające się w granicach pięćdziesięciu procent.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s