Walec z Malmö wciąż demoluje

Każdy, kto orzymał dziś przed pierwszym gwizdkiem kartkę ze składem Vittsjö, z pewnością zastanawiał się, czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z jakimś błędem drukarskim. O absencji Lindy Sällström wiedzieliśmy wprawdzie wcześniej, ale obecność w wyjściowej jedenastce szesnastoletniej Ebby Hed, a także pozostawienie na ławce Klingi oraz Okobi to decyzje, którymi Thomas Mårtensson zaskoczył chyba nawet sam siebie. Szkoleniowiec Vittsjö postanowił przeprowadzić na swojej drużynie operację na żywym organizmie, a że cała akcja rozgrywała się na boisku mistrza kraju, to efekt tego eksperymentu mógł być tylko jeden, raczej niezbyt go zadowalający.

Gościom należy jednak oddać, że w pierwszym kwadransie oglądaliśmy bardzo zacięty i wyrównany spektakl. Piłkarki z okolic Hässleholm nie dały się stłamsić przeważającym siłom wroga, a gdy nadarzała się okazja, to same – głównie po stałych fragmentach – próbowały zagrozić bramce strzeżonej przez Sofię Lundgren. Dla kibiców Rosengård była to swego roadzaju nowość, gdyż w tym sezonie drużyna z Malmö zazwyczaj bardzo szybko potrafiła ustawić sobie mecz. Dziś na pierwszego gola czekać musieliśmy aż do 22. minuty, ale gdy ten już padł, worek z bramkami rozwiązał się na dobre.

Wielkie strzelanie rozpoczęła niezwykle aktywna od początku meczu Marta, pokonując Fraine niesygnalizowanym strzałem z dystansu. Brazylijska skrzydłowa miała udział także w dwóch kolejnych golach, zdobytych już przez Nataszę Andonową, której w końcu udało się przełamać strzelecką niemoc. Pełniąca pod nieobecność Gaelle Enganamouit rolę podstawowej napastniczki Rosengård reprezentantka Macedonii wpisała się na listę strzelczyń po raz pierwszy od … 18. października 2015 i z pewnością w nadchodzących meczach będzie chciała trafiać już z większą regularnością. Po przerwie, faworytki postanowiły dysponować siłami znacznie bardziej ekonomicznie, ale okazji do podwyższenia prowadzenia i tak nie brakowało. Ostatecznie udało się wykorzystać jedną (raz jeszcze w roli głównej niezawodna Marta), choć przy odrobinie szczęścia i Sara Björk Gunnarsdottir i rozgrywająca bardzo dobre spotkanie Lina Nilsson mogły także zaznaczyć swoją obecność w meczowym protokole.

******

Znacznie cięższą przeprawę miały za to piłkarki Linköping, które w poszukiwaniu piątego kolejnego zwycięstwa udały się w daleką podróż do Dalarny. Plan ostatecznie udało się wykonać, ale na zwycięskiego gola autorstwa Stiny Blackstenius trzeba było czekać aż do 89. minuty. Wcześniej swój wielki mecz rozgrywała Tabitha Chawinga, udowadniając, że już w tej chwili byłaby gotowa na to, aby odgrywać kluczową rolę w dowolnym klubie na świecie.

Zawodniczka z Malawi na tle czołowej przecież szwedzkiej drużyny wyglądała jak piłkarka z innej planety. Imponowała techniką, szybkością, przygotowaniem kondycyjnym, widać było, że po prostu bawi się grą. To ona w 59. minucie przytomnym strzałem dała Kvarnsveden wyrównanie, a gdyby fortuna nieco bardziej jej sprzyjała (w pierwszej połowie poprzeczka, w drugiej słupek), Chawinga mogła spokojnie zakończyć mecz z hat-trickiem na koncie. Dużym wsparciem dla największej gwiazdy ekipy z Dalarny był ponadto dowodzony przez jak zwykle niebywale waleczną Meghan Toohey amerykańsko – fiński tercet, który długimi momentami wygrywał z Almqvist, Neto i Lennartsson bitwę o środek pola.

Nie pierwszy raz chwalimy Kvarnsveden, a jednak beniaminek z Borlänge poniósł właśnie trzecią kolejną porażkę. Dlaczego zatem dobra postawa nie znajduje przełożenia na punkty? Po przegranych mimo ambitnej gry meczach przeciwko Göteborgowi oraz Linköping, odpowiedź na tak postawione pytanie wydaje się być oczywista. Jak doskonale wiemy, zimą obyło się w Dalarnie bez kadrowej rewolucji, a trener Jonas Björkgren postanowił dać szansę tym piłkarkom, które wywalczyły awans do Damallsvenskan. Niestety, brak ekstraklasowej rutyny w starciach z zaprawionymi w pierwszoligowych bojach rywalkami często bywa czynnikiem stanowiącym różnicę między zwycięstwem, a porażką. Także dziś można było na dobra sprawę uniknąć obu straconych przez Kvarnsveden goli. Najpierw Hermansson w niegroźnej sytuacji powaliła we własnej szesnastce Blackstenius, dając Harder szansę na skuteczne wykonanie jedenastki, a potem nadeszła wspomniana 89. minuta. Niesamowicie bramkostrzelna ofensywa Linköping nie potrafiła dziś strzelić gola z gry, ale okazało się, że wcale nie musiała tego dokonać, aby ostatecznie sięgnąć po trzy punkty.

Na koniec warto poświęcić kilka słów postawie pani Andric, która – łagodnie rzecz ujmując – znów nie miała najlepszego dnia. Daleki jestem od oceny, że sędzia ze Sztokholmu pomogła Linköping w odniesieniu zwycięstwa, ale prawdą jest, że wszystkie sporne sytuacje gwizdane były na korzyść gości. Podopieczne Martina Sjögrena mogły sobie także pozwolić na znacznie ostrzejszą grę, ale i tak największą kontrowersją była decyzja o niepokazaniu drugiej żółtej, a w konsekwencji czerwonej kartki Janni Arnth, która taktycznym faulem skasowała dobrze zapowiadającą się kontrę Kvarnsveden jeszcze przy stanie 1-1. Czy grając w osłabieniu zawodniczki z Linköping również strzeliłyby zwycięskiego gola? Tego, niestety, już się nie dowiemy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s