Jedziemy dalej

1_0malet

Miłe dobrego początki – Magdalena Eriksson strzela na 1-0 (Fot. Bildbyrån)

Bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że Asako Takakura nie miała jak dotąd miłych wspomnień z rywalizacji z reprezentacją Szwecji. Jako piłkarka uczestniczyła w pamiętnym, przegranym przez Azjatki w stosunku 0-8 meczu na Mistrzostwach Świata 1991, a na początku selekcjonerskiej przygody zaliczyła porażkę 0-3 w towarzyskim starciu na Guldfågeln Arenie w Kalmarze. Te wyniki nie miały jednak absolutnie żadnego znaczenia w kontekście dzisiejszego meczu, który dla całej piłkarskiej Japonii miał zdecydowanie większe znaczenie niż obie wspomniane tu potyczki razem wzięte. Nie było bowiem wielką tajemnicą, że gospodynie tegorocznych Igrzysk celowały przynajmniej w awans do strefy medalowej na domowym turnieju i choć faza grupowa nie była w ich wykonaniu przesadnie imponująca, to akurat na takich imprezach nie należy przykładać do tego zbyt wielkiej wagi. Na etapie ćwierćfinałów rywalizacja rozpoczyna się bowiem od nowa, z czego obie wybiegające dziś na murawę stadionu w Saitamie ekipy doskonale zdawały sobie sprawę.

W futbolu jak wiadomo chodzi o to, aby mieć korzystny wynik po dziewięćdziesięciu (lub ewentualnie stu dwudziestu) minutach, ale kadra Petera Gerhardssona raz po raz udowadnia nam, że początek spotkania nierzadko bywa równie kluczowy, co jego końcówka. Nie inaczej było podczas dzisiejszego ćwierćfinału, w którym pierwsze minuty należały zdecydowanie do reprezentantek Szwecji. Japonki, zupełnie jak przed tygodniem Amerykanki, nie potrafiły znaleźć skutecznej odpowiedzi na agresywny, wysoki pressing, dzięki czemu gra w tej fazie meczu toczyła się przede wszystkim na ich połowie. A skoro tak, to prędzej czy później mogliśmy spodziewać się stałych fragmentów gry i jeden z nich – cóż za niespodzianka – kolejny raz przyniósł nam powodzenie. Tym razem gol nie padł bezpośrednio po dośrodkowaniu Kosovare Asllani z narożnika boiska, ale wybita przez Japonki futbolówka po chwili znalazła się pod nogami Fridoliny Rolfö, która z kolei bezbłędnie dorzuciła ją na głowę Magdaleny Eriksson, a pozbawiona odpowiedniego krycia kapitanka Chelsea miała mnóstwo czasu, aby idealnie złożyć się do strzału. Szybko strzelony gol nie oznaczał jednak końca emocji, gdyż Japonki absolutnie nie zamierzały żegnać się z turniejem bez uprzedniego podjęcia walki. I o ile w początkowym kwadransie Szwedkom konsekwentnie udawało się wybijać rywalki z uderzenia, o tyle w dalszej fazie meczu Nadeshiko coraz częściej grały to, co potrafią najlepiej. I nawet jeśli liczba koronkowych, japońskich ataków nie była aż tak wielka, jak chociażby na ostatnim mundialu, to jeden z nich i tak przyniósł im wyrównanie. Pomocniczka Milanu Yui Hasegawa doskonale dostrzegła wychodzącą na pozycję Minę Tanakę, a napastniczka grająca na wiosnę w Bayerze Leverkusen uprzedziła Amandę Ilestedt i w Saitamie zrobiło się 1-1. Jak się miało chwilę później okazać, nie było to bynajmniej ostatnie spięcie pomiędzy byłymi rywalkami z niemieckiej Bundesligi w szwedzkiej szesnastce. W 33. minucie pani arbiter z Meksyku zdecydowała się podyktować rzut karny dla Japonii po rzekomym przewinieniu Ilestedt, ale po obejrzeniu analizy wideo zdecydowała się wycofać z podjętej wcześniej decyzji. Tym samym, Hedvig Lindahl nie stanęła przed szansą obronienia drugiej na tym turnieju jedenastki, ale trzeba uczciwie przyznać, że jakoś bardzo z tego powodu nie rozpaczaliśmy.

W fazie grupowej drugie połowy meczów wychodziły Japonkom nieco lepiej niż pierwsze, wobec czego po przerwie spodziewaliśmy się ostrej i wyniszczającej walki o każdy milimetr boiska. Na aż taką intensywność dziś jednak nie weszliśmy, a o końcowym wyniku zdecydowały tym razem inne czynniki. Jednym z nich okazała się umiejętność wyprowadzania szybkich kontrataków, co jak doskonale wiemy jest niezwykle mocną bronią szwedzkiej kadry za kadencji Petera Gerhardssona. W 53. minucie tercet Angeldal – Rolfö – Blackstenius potrzebował zaledwie kilkunastu sekund, aby wykreować snajperce Häcken doskonałą sytuację, a liderka klasyfikacji strzelczyń Damallsvenskan bezbłędnie zmieściła futbolówkę przy bliższym słupku japońskiej bramki. Jak się miało później okazać, był to decydujący moment dzisiejszego ćwierćfinału, gdyż podopieczne Asako Takakury na to trafienie odpowiedzieć już nie potrafiły. Oczywiście, zdarzało im się długimi fragmentami rozgrywać piłkę na szwedzkiej połowie, ale Lindahl tak naprawdę tylko raz została zmuszona do poważniejszej interwencji, gdy sytuacyjnym strzałem raz jeszcze popisała się Tanaka. Poza tym, zagrożenie ze strony Nadeshiko ograniczało się przede wszystkim do uderzeń z dystansu, gdyż wszelkie próby efektownej, kombinacyjnej gry doskonale rozbijała dowodzona przez duet Ilestedt – Björn szwedzka defensywa. A gdy Kosovare Asllani podwyższyła rezultat, skutecznie egzekwując rzut karny (to, czy za takie zagrania ręką faktycznie powinno się dyktować jedenastki, to temat na osobną dyskusję), drugi z rzędu awans do strefy medalowej kadry Petera Gerhardssona właściwie stał się faktem.

Cztery mecze, cztery zwycięstwa, dwanaście punktów, dwanaście goli – tak przedstawia się aktualny bilans szwedzkich piłkarek na japońskich boiskach. A okazja ku temu, aby go jeszcze poprawić, nadarzy się już w poniedziałek. Rywalkami będą doskonale znane nam Australijki z Tonym Gustavssonem na ławce trenerskiej, a stawką: awans do finału olimpijskiego. Wiadomością dnia jest dziś jednak niewątpliwie informacja, że piękna, azjatycka przygoda szwedzkiej kadry trwa nadal i bez względu na rozstrzygnięcie starcia półfinałowego potrwa przynajmniej jeszcze tydzień. Bo na tym turnieju reprezentacja Szwecji zostanie do samego końca!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s