Cudu nie było …

mcfc

Manchester City wyszarpał zwycięstwo w Göteborgu (Fot. Tommy Holl)

… bo być go po prostu nie mogło. Choć trzeba uczciwie przyznać, że środowa potyczka Göteborga z Manchesterem City rozpoczęła się dla nas tak pięknie, że o taki początek meczu nie prosiliśmy nawet w najbardziej odważnych, optymistycznych snach. Wicemistrzynie Anglii nie zdążyły bowiem przeprowadzić swojej pierwszej, składnej akcji, a już musiały odrabiać na Valhalli straty. Stało się tak za sprawą grającej dziś w wyjściowej jedenastce Anny Csiki, która urwała się lewym skrzydłem, jednym zwodem oszukała duet Bronze – Houghton i zacentrowała idealną piłkę w kierunku Pauline Hammarlund. Zwyciężczyni klasyfikacji punktowej Damallsvenskan natychmiast oddała niesygnalizowany strzał, z którym poradziła sobie jeszcze Ellie Roebuck, ale wobec dobitki Vilde Bøe Risy jedna z najbardziej utalentowanych golkiperek młodego pokolenia była już całkowicie bezradna. Po 124 sekundach gry Göteborg prowadził więc z murowanym faworytem do awansu, a pięć minut później mógł stanąć przed kapitalną szansą, aby swoją przewagę podwoić. Mógł, gdyż pędzącą na bramkę gości Stinę Blackstenius zatrzymał gwizdek czeskiej sędzi Jany Adamkovej, która chwilę wcześniej dopatrzyła się faulu Hammarlund na Alex Greenwood. Czy słusznie? Podstawy do podjęcia takiej właśnie decyzji w tej sytuacji niewątpliwie były, ale z drugiej strony wielokrotnie widzieliśmy, że w analogicznych przypadkach arbitrzy nakazywali grać dalej. Tak, czy inaczej, pierwszy kwadrans wlał w nasze serca mnóstwo optymizmu i nieśmiało zaczęliśmy marzyć, że może oto nadszedł dzień, w którym osłabiony niemal do granic kadrowych możliwości Göteborg zostanie sprawcą największej sensacji 1/16 finału piłkarskiej Ligi Mistrzyń.

Największy problem mistrzyń Szwecji 2020 polegał jednak na tym, że mecz piłkarski rozgrywany jest na dystansie nie piętnastu, lecz dziewięćdziesięciu minut. A przyjezdne z Manchesteru, po niemrawym początku, zaczęły rozpędzać się tak bardzo, że ciężar gry błyskawicznie przeniósł się nie tyle na połowę Göteborga, co na przedpole bramki Jennifer Falk. Reprezentacyjna golkiperka robiła, co mogła, ale trzeba uczciwie przyznać, że defensywa KGFC nie ułatwiała jej dziś zadania. Grające na kompletnie nie swoich pozycjach Koivisto i Roddar w niczym nie przypominały piłkarek, których grą tak często zachwycaliśmy się na boiskach Damallsvenskan, a kurczowe trzymanie się ustawienia z trójką stoperek sprawiało, że Chloe Kally oraz Janine Beckie miały w swoich sektorach tyle wolnej przestrzeni, że same  były tym faktem nieco skonfundowane. Kolejnym problemem była liczba niecelnych podań i niewymuszonych strat na własnej połowie, które bezpośrednio przekładały się na coraz większą częstotliwość bramkowych okazji po stronie Manchesteru City. Momentami można było odnieść wrażenie, że to nie Keira Walsh do spółki z Caroline Weir, a defensorki Göteborga posyłają najlepsze piłki w kierunku Stanway czy Kelly. Bardzo długo jednak dopisywało nam w tym meczu szczęście, którego czasami mieliśmy tak wiele, że w odstępie mniej więcej trzydziestu sekund dwukrotnie ratował nas słupek. Na tym poziomie liczenie wyłącznie na przysłowiowego farta nie jest jednak dobrym pomysłem, o czym ostatecznie przekonaliśmy się w 41. minucie. Uderzenie z dystansu Stanway raz jeszcze zatrzymało się na słupku, ale odbita od niego futbolówka zatańczyła jeszcze na linii bramkowej i wtoczyła się do siatki. Szkoda, ale z drugiej strony ostrzeżeń wysyłanych przez wicemistrzynie Anglii było przecież aż nadto …

Druga połowa to kontynuacja absolutnej dominacji przyjezdnych, którą udało się im udokumentować tylko i aż jednym golem. Znajdująca się ostatnio w wybornej formie Weir dośrodkowała na głowę Samanthy Mewis, a ta pokazała dlaczego nadany jej nie tak dawno przydomek The Tower of Power jak najbardziej ma sens. Gol reprezentantki USA zapewnił więc gościom z Manchesteru skromne zwycięstwo, które jednak mogło być zdecydowanie bardziej okazałe gdyby nie instynktowne parady Jennifer Falk. To właśnie one, wraz z ogromnymi pokładami szczęścia, pozwoliły mistrzyniom Szwecji przetrwać bez znaczących strat kolejne fale naporu piłkarek Garetha Taylora. Co więcej, w samej końcówce Filippa Angeldal miała nawet na nodze piłkę na remis, ale gdyby po jej strzale padł gol, to jeszcze bardziej zamazałby on prawdziwy obraz meczu. A ten wyglądał tak, że piłkarkom z Göteborga ewidentnie brakowało sportowej jakości. Niejako z konieczności skrzydła mistrzyń Szwecji napędzać musiały dziś Anna Csiki, Hanna Wijk oraz Hanna Andersson, czyli zawodniczki, które jeszcze dwa miesiące temu nie zawsze łapały się do osiemnastki na starcia z rywalkami pokroju Örebro czy Umeå. I jeśli coś ma na zawsze zostać wizytówką tego meczu, to chyba właśnie to. Szkoda, bo o ile ciekawiej wyglądałoby dzisiejsze starcie, gdyby mogły wystąpić w nim Emma Berglund, Natalia Kuikka, Beata Kollmats, Elin Rubensson, Julia Zigiotti i Rebecka Blomqvist. Gdyby Blackstenius i Koivisto były w pełni formy, a Roddar i Curmark mogły zagrać na swoich pozycjach. Niestety, los chciał tak, że w rywalizacji z niemal najsilniejszą wersją Manchesteru City, musieliśmy łatać meczową kadrę posiłkami z drużyny U-19. I chyba w tym całym, grudniowym zgiełku najbardziej szkoda tego, że w ogóle nie dostaliśmy szansy, aby skonfrontować nasz mistrzowski Göteborg z drużyną europejskiej czołówki. Faworyt oczywiście wciąż pozostawałby ten sam, ale przynajmniej dalibyśmy sobie szansę …

******

Większych emocji nie było w Tbilisi, gdzie Rosengård bez jakichkolwiek problemów rozprawił się ze sprawczyniami najbardziej głośnej sensacji obu rund eliminacyjnych. Bohaterką starcia w stolicy Gruzji była niewątpliwie Jelena Cankovic, która miała bezpośredni udział przy sześciu golach strzelonych przez ekipę Jonasa Eidevalla. Reprezentantka Serbii na listę strzelczyń wpisała się już w 7. minucie gry, a następnie trzykrotnie asystowała swoim klubowym koleżankom i zanotowała jedno kluczowe podanie (choć mówiąc bardziej precyzyjnie był to niecelny strzał, który chwilę później na gola zamieniła Anna Anvegård). Patrząc na liczbę celnych strzałów po stronie wicemistrzyń Szwecji (aż 28!), możemy zastanawiać się, jakim cudem ambitnym Gruzinkom udało się ostatecznie uniknąć dwucyfrowej porażki. Już za tydzień piłkarki z Malmö będą miały jednak okazję, aby ten stan rzeczy zmienić i rok 2020 zakończyć najbardziej okazałym zwycięstwem. A szybka analiza potencjału ofensywnego Rosengård każe przypuszczać, że bramkarkę Lanczchuti Tatię Gabunię za siedem dni czekać będzie równie intensywne popołudnie.


1/16 finału Ligi Mistrzyń:

Lanczchuti – Rosengård 0-7 (Cankovic 7., Kaneryd 18., Anvegård 19., Troelsgaard 26., Bennison 28., Viggosdottir 32., Seger 74.)

Göteborg – Manchester City 1-2 (Bøe Risa 3. – Stanway 41., Mewis 76.)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s