Kadra zagrała na piątkę

BB170919BB538

Fot. Bildbyrån

Jeszcze dwa tygodnie temu październikowa faza eliminacji piłkarskich mistrzostw świata we Francji wzbudzała w nas całkowicie uzasadniony niepokój. Znajdująca się ewidentnie w fazie budowy kadra Petera Gerhardssona miała bowiem już na tym etapie zmierzyć się ze zdecydowanie najtrudniejszym z grupowych rywali, a zaledwie cztery dni później stanąć naprzeciw zawsze nieobliczalnych Węgierek. Taki układ gier z pewnością nie należał do najłatwiejszych, ale wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że zamiast pełnej trudności i przeszkód wyboistej drogi ku awansowi, przed reprezentantkami Szwecji pojawił się czerwony dywan prowadzący wprost na francuski mundial. Duński bojkot oraz kontuzja Zsanett Jakabfi, która poprzednią wizytę na szwedzkiej ziemi zakończyła z hat-trickiem na koncie, zdecydowanie ułatwiły zadanie, ale oczywiście trzeba było jeszcze wyjść na murawę i wykonać swoją część planu. Pamiętając nie tak dawne męczarnie ze Słowacją, RPA, czy Meksykiem, ciężko było tak do końca pozbyć się towarzyszących nam obaw, ale drużyna Gerhardssona pokazała, w jaki sposób powinno się rozgrywać mecze z niżej notowanymi przeciwniczkami. We wtorkowy wieczór na stadionie w Borås obejrzeliśmy pierwszy od długiego czasu mecz tej reprezentacji, po którym można było naprawdę szeroko się uśmiechnąć.

Podobnie jak w debiucie selekcjonerskim Petera Gerhardssona, aura ewidentnie nie była dziś sprzymierzeńcem szwedzkich piłkarek. Szczęście w nieszczęściu, że murawa znajdowała się jednak w zdecydowanie lepszym stanie niż ta w Varazdinie, w efekcie czego rozgrywane przez Seger czy Asllani piłki nie stawały co chwilę w kałużach. Inna sprawa, że gospodynie od pierwszej minuty prezentowały się tak, że chyba żadne warunki nie byłyby im tego dnia straszne. Co ciekawe, pierwszą dogodną okazję do strzelenia bramki stworzyły sobie nawet Węgierki, ale próba strzału w wykonaniu Mosdoczi była jedynie niewiele znaczącym epizodem w całkowicie zdominowanym przez Szwedki meczu. Strzelanie w Borås rozpoczęła w 14. minucie Hurtig, wykorzystując w równym stopniu fenomenalne dogranie Rolfö oraz bierną postawę defensorek gości. Chwilę później było już 2-0 i raz jeszcze nie popisały się węgierskie obrończynie, które tak nieudolnie wybijały futbolówkę z własnej szesnastki, że ta najpierw znalazła się pod nogami Sembrant, a następnie Fischer, która w swoim stylu posłała petardę z dziesięciu metrów w sam środek bramki. Kapitanka Wolfsburga zdobytego przez siebie gola uczciła w niezwykle sympatyczny sposób, ale na tym wcale nie skończyły się tego dnia strzeleckie popisy Szwedek. Tuż przed przerwą, w odstępie zaledwie kilkudziesięciu sekund, bezradną Csiszar pokonały kolejno Asllani (przepięknym wolejem) oraz Seger (mierzonym uderzeniem z dystansu), w efekcie czego kibice mogli w przerwie spierać się o to, który z obejrzanych przez nich goli był najładniejszej urody (nawiasem mówiąc, przynajmniej trzy z nich o kilka długości deklasowały tak bardzo uwielbiany przez wielu gol Wenezuelki Castellanos). Wynik meczu na 5-0 ustaliła na początku drugiej połowy Asllani, która miała nawet okazję na to, aby ustrzelić najbardziej efektownego hat-tricka tych eliminacji. Niestety, na drodze do tego osiągnięcia stanął jej słupek, a ponieważ w stuprocentowych sytuacjach fatalnie pudłowały między innymi Rolfö i Blackstenius, więcej goli na stadionie w Borås już nie obejrzeliśmy. Po raz pierwszy od dawna nie musieliśmy jednak z tego powodu przesadnie narzekać, gdyż robiąc bilans plusów i minusów nawet najwięksi malkontenci musieli przyznać, że reprezentantki Szwecji wszystko nam z z nawiązką wynagrodziły.

Wiadomo, że Węgry – do tego grające bez swojej zdecydowanie największej gwiazdy – nie są idealnym papierkiem lakmusowym. Nie można jednak nie docenić tego, że nareszcie w grze ofensywnej reprezentacji Szwecji pomysł było widać nie tylko na konferencji przedmeczowej, ale także – a może przede wszystkim – na boisku, że coraz częściej do lotu wzbijały się mocno podcięte ostatnimi czasy skrzydła, a ofensywne stałe fragmenty (choć ćwiczone znacznie krócej niż podczas słynnych treningów tandemu Sundhage – Persson) w końcu stały się bardziej efektywne niż efektowne. Wiadomo, nie wszystko zagrało dziś w stu procentach perfekcyjnie, martwić może, że zimowo-wiosenną formę ewidentnie zagubiła Banusic, a Fischer i Sembrant miewają momenty przestoju, w których stanowią większe zagrożenie dla Lindahl niż napastniczki rywalek, ale mamy pełne prawo wierzyć, że i te elementy uda się podczas najbliższych zgrupowań poprawić. Skoro zaledwie dwa mecze wystarczyły do tego, abyśmy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zobaczyli dobrze funkcjonującą szwedzką ofensywę, to chyba jest to znak, że sztab szkoleniowy zasłużył na duży kredyt zaufania. Wszystko wskazuje na to, że najbliższy mecz o punkty zagramy dopiero w kwietniu, więc czasu na ewentualne eksperymenty i poszukiwania nowych wariantów pozostało naprawdę sporo. Tym bardziej, że tym razem nie będą one raczej przypominały błądzenia po omacku. Jasne, już za miesiąc na ziemię sprowadzić nas może znajdująca się w olbrzymim uderzeniu Francja, ale dziś zwyczajnie pozwólmy sobie na chwilę radości, wszak ostatnio nie było ich przecież tak wiele.

Reklamy

2 thoughts on “Kadra zagrała na piątkę

  1. Pingback: Rok dobrej zmiany? | Szwedzka piłka

  2. Pingback: Dobra zmiana po szwedzku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s