Podsumowanie 10. kolejki

Poprzednia ligowa kolejka rozpieściła nas na tyle, że pierwsze dwa kwadranse otwierającego dziesiątą serię spotkań pojedynku Djurgården z Göteborgiem upłynęły nam przede wszystkim na narzekaniu na poziom widowiska na Stadionie Olimpijskim. Spora w tym jednak zasługa piłkarek obu ekip, która rozkręcały się na tyle powoli, że o dodatkowe emocje zadbać musiała prowadząca to spotkanie Tess Olofsson. Znana ze skłonności do podejmowania odważnych i nierzadko mocno kontrowersyjnych decyzji sędzia z Malmö w 29. minucie dopatrzyła się rzekomego faulu Teegarden na Norlin w obrębie pola karnego, a podyktowaną za to przewinienie jedenastkę pewnie wykorzystała van den Bulk. Zdobyty gol jeszcze bardziej uspokoił gospodynie, które wprawdzie częściej utrzymywały się przy piłce, ale nie dało się powiedzieć, aby za wszelką cenę dążyły do podwyższenia prowadzenia. Taka postawa mogła się zemścić w ostatnich sekundach pierwszej połowy, kiedy Hammarlund zagrała idealną piłkę do wybiegającej zza defensorek Djurgården Nathalie Persson, ale była zawodniczka Rosengård przegrała pojedynek z Gunnarsdottir, dzięki czemu do szatni obie ekipy schodziły przy wyniku korzystnym dla drużyny ze Sztokholmu. Jeszcze więcej okazji do wykazania się swoim bramkarskim kunsztem islandzka golkiperka miała na początku drugiej części gry i nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że to właśnie jej należą się największe podziękowania za to, że po sześćdziesięciu minutach zespół Joela Riddeza wciąż znajdował się na prowadzeniu. Doskonałe okazje na doprowadzenie do remisu miały kolejno Landström, Blomqvist oraz Rubensson, ale za każdym razem skuteczną interwencją popisywała się właśnie Gunnarsdottir. Jej koleżanki z pola wciąż uskuteczniały za to futbol minimalistyczny i usypiający, ale wystarczył moment nieuwagi defensywy z Göteborga, aby kilkunastometrowy rajd wykonała Katrin Schmidt, a obsłużona przez nią świetnym podaniem Johanna Rytting Kaneryd przestawiła Levin i umieściła futbolówkę w siatce Anny Larsson. Ten gol ostatecznie przesądził o tym, że komplet punktów pozostał w stolicy, choć przyjezdne miały jeszcze dwie okazje na zdobycie gola honorowego. Piłka jednak ewidentnie nie chciała tego dnia wpaść do sztokholmskiej bramki i po strzale Zamanian zatrzymała się na słupku, a po główce Kollmats wygarnęła ją stojąca na linii bramkowej Höglund.

01

Sytuacja w ligowej tabeli sprawia, że dla Örebro każdy kolejny mecz ma obecnie niebagatelne znaczenie. Drużyna typowana przez wielu do walki o czołową piątkę zupełnie niespodziewanie znalazła się na samym dnie i jeśli podopieczne Martina Skogmana nie zaczną w końcu wygrywać, to lato na Behrn Arenie może być w tym roku bardzo niespokojne. Trudno jednak o zwycięstwa, jeżeli piłkarki Örebro drugi raz z rzędu były w stanie oddać zaledwie jeden celny strzał na bramkę przeciwniczek. Reprezentantki kraju Dahlkvist oraz Spestmark, nadzieja szwedzkiej piłki De Jongh, a także łączona z wyżej notowanymi klubami Jansson próbowały różnych sposobów na rozmontowanie defensywy Piteå, ale wymiana podań wychodziła im zdecydowanie najlepiej, gdy można było grać w poprzek boiska. Na mniej więcej trzydziestym metrze przez bramką Hildy Carlén gospodynie zazwyczaj napotykały jednak mur, którego ewidentnie nie potrafiły skruszyć. Zdecydowanie lepsze okazje strzeleckie stworzyły sobie przyjezdne, ale im z kolei regularnie stawała na drodze Carola Söberg. Doświadczona golkiperka już w pierwszej minucie uratowała swoją drużynę przed utratą gola, wygrywając pojedynek sam na sam z Felicią Karlsson, a w drugiej połowie popisała się interwencją kolejki, w niezwykle efektowny sposób wyjmując lecącą w samo okienko bramki futbolówkę po strzale Janogy. W ostatnich minutach piłkę meczową miała jeszcze na głowie rezerwowa Hanna Pettersson, ale napastniczka z Norrbotten nie przymierzyła na tyle dokładnie, aby piłkarki gości mogły zabrać ze sobą na pokład lecącego na Północ samolotu trzy punkty. Drużyna Stellana Carlssona i tak może jednak być umiarkowanie zadowolona z remisu i kolejnego czystego konta, czego z całą pewnością nie można powiedzieć o Örebro.

02

O ile w dwóch poprzednich kolejkach drużyna Kima Björkegrena odnosiła zwycięstwa w bardzo słabym stylu, o tyle tym razem chyba nikt nie miał wątpliwości, że trzy punkty aktualnym mistrzyniom Szwecji po prostu się należały. Niestety, spora w tym zasługa piłkarek Vittsjö, które pomimo przewagi własnego boiska nastawione były niemal wyłącznie na minimalizowanie strat, a jak doskonale wiemy, taktyka ta bardzo rzadko przynosi wymierne efekty. Nie inaczej było w przypadku zawodniczek z północnej Skanii, które najpierw straciły Clarę Markstedt, a w 35. minucie – pierwszego gola. Mało widoczna w początkowej fazie meczu Marija Banusic przymierzyła ze stojącej piłki tak idealnie, że Shannon Lynn pozostało jedynie spojrzeć z uznaniem w kierunku napastniczki LFC. Pomimo straconej bramki, szkocka golkiperka Vittsjö i tak była przed przerwą jedną z wyróżniających się piłkarek swojej drużyny i to głównie dzięki jej interwencjom po strzałach Hurtig oraz Jonny Andersson gospodynie wciąż pozostawały w grze. Co więcej, gdyby nie poważny błąd prowadzącej to spotkanie Pernilli Larsson, która nie zauważyła zagrania ręką Portugalki Neto we własnej szesnastce w ostatniej minucie pierwszej połowy, podopieczne Thomasa Mårtenssona stanęłyby przed wymarzoną szansą na wyrównanie stanu rywalizacji. O tym, jak ważna była to sytuacja, przekonaliśmy się tuż po przerwie, gdy Jonna Andersson zagrała klepkę z Hurtig, ta ostatnia dośrodkowała na dalszy słupek, a nabiegająca na niego Minde z najbliższej odległości skierowała piłkę do siatki. Zamiast 1-1 mieliśmy więc 0-2 i stało się jasne, że obrończynie tytułu tego meczu przegrać już nie powinny. Zgodnie z przewidywaniami, druga połowa spotkania toczyła się pod niemal całkowitą kontrolą Linköping i choć ani Banusic, ani Hurtig nie udało się podwyższyć prowadzenia, to w Östergötland raczej nikt z tego powodu rozpaczać nie będzie. Zwycięstwo nad Vittsjö oznacza bowiem, że bez względu na wyniki ostatniej serii spotkań mistrzynie Szwecji spędzą letnią przerwę na szczycie ligowej tabeli, a taki scenariusz przed rozpoczęciem rozgrywek brali pod uwagę jedynie najwięksi optymiści.

03

Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie próbował zakwestionować sensowność trenowania schematów stałych fragmentów gry, to warto mieć pod ręką skrót niedzielnego meczu Kvarnsveden z Hammarby. Zawodniczki gości pomiędzy 8. i 22. minutą trzykrotnie wykonywały rzuty rożne i za każdym razem kończylo się to w ten sam sposób – golem dla podopiecznych Olofa Unogårda. Filippa Angeldahl dośrodkowywała z obu narożników, zmieniały się schematy i strzelczynie, ale niezmienne pozostawało to, że defensywa Kvarnsveden mogła jedynie bezradnie przyglądać się, jak Oskarsson zgrywa futbolówkę do Ekblom lub Zigiotti Olme, a te umieszczają ją w bramce Wahlén. Piłkarki Hammarby miały więc aż trzy okazje, aby zadedykować gola poważnie kontuzjowanej Elenie Sadiku, ale doskonale wiemy, że w starciu z drużyną z Borlänge nawet trzybramkową zaliczkę trudno nazwać bezpieczną, a przyczyna takiego stanu rzeczy nazywa się Tabitha Chawinga. Swojego pierwszego gola napastniczka z Malawi zdobyła jeszcze przed przerwą, co było niezwykle istotne od strony psychologicznej. Zawodniczki z Dalarny w tym właśnie momencie uwierzyły bowiem, że tę stratę jak najbardziej można odrobić i po jedenastu minutach drugiej połowy na tablicy wyników mieliśmy już remis. Kontaktowy gol autorstwa Julii Roddar padł po niesamowicie precyzyjnym strzale z dystansu, a do wyrównania doprowadziła ponownie Chawinga, wykorzystując długie podanie Hermansson oraz stosunkowo bierną postawę Johansson i Abrahamsson w defensywie Hammarby. W tym momencie wydawało się, że będące zdecydowanie w uderzeniu gospodynie mają jeszcze mnóstwo czasu na to, aby po raz czwarty tego dnia pokonać Emmę Holmgren, ale pomimo kilku naprawdę niezłych okazji ostatecznie nie udało im się tego dokonać. Co ciekawe, swoją okazję na wywalczenie kompletu punktów miały w końcówce także piłkarki ze Sztokholmu, lecz one również nie były w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Emocjonujący szczególnie dla neutralnych widzów pojedynek na Ljungbergsplanen zakończył się więc remisem, ale biorąc pod uwagę przebieg rywalizacji, nie zadowolił on żadnej ze stron.

04

W Eskilstunie powoli zapominają, że jeszcze kilka tygodni temu patrzyli na wszystkich ligowych rywali z góry. Po dwóch kolejnych porażkach do zera zdecydowanie istotniejszą kwestią stało się bowiem przełamanie strzeleckiej niemocy, która nagle i zupełnie niespodziewanie dopadła zespół Viktora Erikssona. Pojedynek na Vilans IP potwierdził ponad wszelką wątpliwość, że problem rzeczywiście istnieje i gdyby w 40. minucie Sif Atladottir nie zaskoczyła własnej bramkarki, próbując wybijać futbolówkę po dośrodkowaniu Hanny Glas, to niewykluczone, że uczestniczki ubiegłorocznej edycji Ligi Mistrzyń znów zakończyłyby mecz bez jakiejkolwiek zdobyczy. Zarówno przed, jak i po wspomnianej sytuacji, zdecydowanie lepsze wrażenie sprawiały bowiem piłkarki Kristianstad, które mogą żałować, że koniec końców udało im się w tym starciu ugrać zaledwie remis 1-1. Jedyny gol dla gospodyń padł po akcji, która znów zaczęła się od … wyrzutu z autu Atladottir. Islandka doskonale wypatrzyła Ritę Chikwelu, a ta dośrodkowała spod linii końcowej do Ivarsson, która w niezwykle efektowny sposób pokonała Emelie Lundberg. Rozgrywająca bardzo udany mecz defensorka Kristianstad na listę strzelczyń mogła wpisać się jeszcze w pierwszej połowie, ale wówczas uderzona przez nią piłka zatrzymała się na poprzeczce. Skutecznego wykończenia akcji zabrakło także innym zawodniczkom ze wschodniej Skanii, które albo nie potrafiły w dogodnych sytuacjach wcelować a bramkę Eskilstuny (Sandström), albo na ich drodze stawała dobrze dysponowana Lundberg (Engman, Ckuhwudi). Zdecydowanie mniej działo się pod bramką Brett Maron, a licznie przybyli do Kristianstad sympatycy United z pewnością nie mogli być zadowoleni z postawy swoich liderek. Ustawiona na dziesiątce Malin Diaz i pozostawiona na desancie Mimmi Larsson zostały kompletnie wyłączone z gry, a Olivia Schough wyróżniła się jedynie brutalnym faulem na Ivarsson, po którym ta ostatnia musiała opuścić boisko. Z taką grą piłkarkom Eskilstuny ciężko będzie powalczyć o powrót do europejskich pucharów.

05

Choć pierwsze w historii szwedzkiej ekstraklasy derby Malmö odbyły się w poniedziałkowy wieczór, i tak przyciągnęły one na trybuny całkiem pokaźną liczbę widzów. Atmosfera nie była może aż tak gorąca jak podczas niedawnej potyczki Hammarby i Djurgården, ale rywalizacja o prymat w stolicy Skanii cieszyła się zdecydowanie większym zainteresowaniem niż można było przypuszczać. Po początkowym kwadransie jak najbardziej aktualne było powiedzenie o derbach rządzących się własnymi prawami, gdyż o dziwo to podopieczne Svena Sjunnessona wywalczyły pierwszy tego dnia rzut rożny, a także – za sprawą Anny Welin – oddały celny strzał. Piłkarska jakość niezmiennie była jednak zdecydowanie po stronie dziesięciokrotnych mistrzyń kraju i już pierwsza (a licząc zablokowany strzał Troelsgaard – druga) groźniejsza akcja zawodniczek w białych koszulkach przyniosła im powodzenie. Lewym skrzydłem urwała się Riley, Mittag zbiegła na bliższy słupek, zabierając za sobą stoperkę Limhamn Bunkeflo, a pozostawiona bez opieki Martens jedynie dopełniła formalności. Współpraca na linii nowozelandzko – holenderskiej była w poniedziałkowy wieczór na tyle owocna, że tuż przed końcem pierwszej połowy kopia wspomnianej akcji przyniosła gospodyniom drugiego gola, a trzeba podkreślić, że prowadzenie FCR mogło być w tym momencie jeszcze bardziej okazałe, ale Mittag, Masar i Schelin nie wykorzystały chociażby kontry w przewadze trzy na dwa. Bramka do szatni okazała się jednak na tyle cenna, że skutecznie odebrała próbującym odgryzać się faworyzowanemu rywalowi piłkarkom beniaminka nadzieję na korzystny rezultat. Taka postawa gości sprawiła, że druga odsłona była jako całość zdecydowanie mniej interesująca, ale nie forsujące przesadnie tempa zawodniczki Rosengård zdążyły pożegnać się ze swoimi kibicami trzecim golem. W przedostatniej minucie regulaminowego czasu gry zdobyła go Iva Landeka po centrze Liny Nilsson, ale dla Jacka Majgaarda zdecydowanie najważniejsze było samo zwycięstwo, uniknięcie kontuzji oraz pozostanie we względnie bliskim kontakcie z liderem przed ostatnią wiosenną kolejką.

06

07

08

09

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s