Trzy punkty zysku bez błysku

lva_swe_horna_1_4

W tych okolicznościach Łotyszki dobiły się golem na 1-4 (Fot. SvFF)

To miał być spokojny pokaz wysokiej, piłkarskiej jakości, jakich na tym etapie eliminacji oglądamy wiele. Tymczasem, po niespełna kwadransie gry, reprezentacja Łotwy przeprowadziła atak, który na długo zapamiętają nie tylko w Lipawie, ale i w całym kraju. Karlina Miksone wygrała walkę o wysoką piłkę z Lindą Sembrant, Olga Sevcova znalazła się we właściwym miejscu i czasie w szwedzkiej szesnastce, a Glas i Ilestedt nie zdążyły w porę z interwencją. To wszystko złożyło się na niebywałą eksplozję radości, której chyba nawet najbardziej optymistycznie nastawieni do życia kibice łotewskiej kadry nie spodziewali się dziś przeżyć. Bo w końcu raczej rzadko mamy do czynienia z sytuacją, w której zespół z końcówki pierwszej setki światowego rankingu prowadzi w meczu o punkty z medalistkami ostatniego mundialu. Nie będziemy udawać, że ten tyle niespodziewany, co niesamowicie efektowny gol sprawił, że zaczęliśmy w panice obawiać się sensacyjnego rozstrzygnięcia w Lipawie, ale jednak faktem jest, że na trafienie Sevcovej szwedzkie piłkarki odpowiedziały … czterema golami ze stojącej piłki. Z gry do siatki futbolówkę skierowała dzisiejszego wieczora jedynie Łotyszka.

Oczywiście, stałe fragmenty gry to niezwykle ważny element piłkarskiego rzemiosła i nieprzypadkowo to właśnie jemu kadra Petera Gerhardssona poświęcała aż tyle uwagi podczas majowego zgrupowania w Skanii. Nie da się jednak ukryć, że na tyle swobody przy wykonywaniu ofensywnych rzutów wolnych i rożnych szwedzkie piłkarki mogły ostatnio liczyć podczas pamiętnego starcia z Iranem na Gamla Ullevi. Łotyszki dwa gole strzeliły sobie właściwie same (jednego nawet jak najbardziej dosłownie, gdy Ibragimova wpiąstkowała sobie futbolówkę do siatki), a przy dwóch kolejnych postanowiły kryć nasze stoperki w sposób cokolwiek nowatorski, co mogło zakończyć się tylko w jeden sposób. Jasne, docenić należy precyzyjne centry Asllani, która kolejny raz była dziś najlepszą szwedzką zawodniczką na boisku, ale nie ma co liczyć na to, że Sembrant lub Ilestedt w starciach z nieco bardziej wyedukowanym piłkarsko rywalem dostaną do swojej wyłącznej dyspozycji równie wiele czasu i miejsca w polu karnym.

Szczególnie w drugiej połowie meczu było widać, że Łotwa to zespół na wskroś amatorski, ale trzeba docenić, iż pomimo coraz bardziej rzucającego się w oczy ubytku sił, gospodynie potrafiły wystrzec się katastrofalnych błędów w defensywie, które często bywają w analogicznych sytuacjach standardem. Z wyjątkiem pojedynczych przypadków, nieźle w zespole naszych dzisiejszych przeciwniczek wyglądała także współpraca między liniami, w czym spora zasługa często i co najważniejsze skutecznie wracających się do obrony pomocniczek. Inna sprawa, że zadania przesadnie nie utrudniały im Szwedki, które z wyjątkiem wspomnianej już wcześniej Asllani konstruowały akcje ofensywne w sposób zdecydowanie zbyt przewidywalny. Możemy oczywiście założyć, że ani wynik, ani klasa rywalek, nie zmuszała podopiecznych Gerhardssona do podkręcenia tempa, ale jednak nie da się ukryć, że chyba wszyscy liczyliśmy dziś na coś więcej. Szczególnie, że nasz selekcjoner zdecydował się puścić w bój piłkarki, którym akurat bez względu na wszystko powinno zależeć na efektownym, popartym dobrymi liczbami występie. I pewnie im nawet zależało, ale niestety ani debiutująca w seniorskiej kadrze Blomqvist, ani mocno nieskuteczna w ostatnich tygodniach Blackstenius, nie potrafiły stworzyć sobie dogodnej sytuacji pod bramką Ibragimovej. Łotewską golkiperkę dwukrotnie próbowała zaskoczyć za to Anvegård, ale najbliżej szczęścia była wówczas, gdy piłka po jej strzale zatrzymała się na słupku.

Już wcześniej zdawaliśmy sobie sprawę, że o meczu w Lipawie najpewniej zapomnimy od razu po ostatnim gwizdku, ale warto ten nad wyraz bezbarwny spektakl podsumować jednak jedną pozytywną konkluzją. A w zasadzie dwiema. Po pierwsze – udało się rozegrać mecz, unikając jakichkolwiek kartek i kontuzji. Po drugie – niemal dokładnie dwa lata temu, w równie deszczowym Varazdinie, w równie niemrawym stylu rozpoczęliśmy eliminacje do francuskiego mundialu. Wtedy, na końcu tej długiej i nie zawsze atrakcyjnej drogi, czekał nas taniec radości w Nicei oraz feta na Götaplatsen i jeśli mielibyśmy powtórzyć ten scenariusz w Anglii, to … niech się wszystko toczy swoim torem. Wszak nie od dziś wiadomo, że prawdziwe mistrzynie poznajemy bynajmniej nie po tym, jak zaczynają.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s