Głowy gadają, piłkarki grają

Obrazek, który już stał się symbolem nowego początku (Fot. Ludvig Thunman)

To nie będzie jedna z klasycznych wyliczanek podsumowująca reprezentacyjne okienko, choć niewątpliwie wydarzenia ostatnich dni skłaniają nas do pewnych przemyśleń. Do tych najważniejszych jeszcze oczywiście przejdziemy przy innej okazji, ale tak na gorąco warto zastanowić się nad jedną, palącą kwestią: czy w naszej wspaniałej dyscyplinie sportu dogłębne, przedmeczowe analizy mają jeszcze jakąkolwiek rację bytu. Wiadoma sprawa, że koneserzy niuansów taktycznych zawsze chętnie przytulą ożywioną, kilkugodzinną dyskusję na argumenty, lecz później przychodzi mityczna, boiskowa weryfikacja i okazuje się, że to właśnie na murawie czeka na nas jedyna faktyczna prawda. A ona – dokładnie jak to bywa i w innych aspektach życia – okazuje się tak zaskakująca, że nawet cały tydzień spędzony na rzetelnym i głębokim omawianiu problemu, nie doprowadziłby nas choćby w jej pobliże.

Przed marcowym zgrupowaniem w temacie szwedzkiej defensywy napisano i wypowiedziano tyle słów, że na ich bazie powstałaby naprawdę solidnych rozmiarów encyklopedia. Że brak doświadczenia, że brak zgrania, że brak obycia w meczach o stawkę i wreszcie – najważniejsze – że przecież żadna z powołanych przez nasz sztab zawodniczek nie jest w swoim klubie pierwszym wyborem. Temu ostatniemu nie da się zresztą w jakikolwiek sposób zaprzeczyć, wszak Hanna Lundkvist w klubie raczej przegrywa rywalizację z Jade Riviere, Smilla Holmberg z Emily Fox, zaś Bella Andersson i Elma Nelhage w tych naprawdę znaczących meczach stanowią jedynie daleką alternatywę dla duetów Mendez – Lakrar (w Madrycie) oraz Engen – Renard (w Lyonie). Co więcej, decyzją szwedzkiego selekcjonera pierwsza z wymienionych miała wystąpić na potencjalnie nowej dla siebie pozycji, co w przypadku kluczowego, eliminacyjnego starcia wydawało się tańcem na bardzo chybotliwej linie. Nie bez przyczyny wszyscy eksperci przekonywali więc, że jedynym pewnym punktem tej formacji może okazać się doświadczona i sprawdzona w bojach Jennifer Falk, która nie dość, że dzięki ratunkowemu (rzecz jasna dla jej nowego klubu) wypożyczeniu nie straciła meczowego rytmu, to jeszcze w ostatnim półroczu rozgrywała kapitalne zawody przeciwko tak uznanym firmom, jak madryckie Atletico, mediolański Inter, czy reprezentacja Anglii. I jak te wszystkie mądre analizy gadających i piszących głów sprawdziły się w praktyce? Ano tak, że na stadionie w Reggio di Calabria to Falk jako jedyna przedstawicielka bloku defensywnego popełniła dwa fatalne kiksy i w ogólnym obrazku sprawiała wrażenie najbardziej elektrycznej przedstawicielki pięcioosobowej formacji. Nagłówki pomeczowych relacji szturmowała natomiast absolutna debiutantka Bella Andersson, która – zupełnie jak przed laty legendarna Nilla Fischer na francuskim mundialu – ofiarną interwencją w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry dowiozła nam to zwycięstwo w niezwykle intensywnej batalii.

Przykład defensorek jest tu najbardziej jaskrawy, lecz przecież niemało uwagi poświęcaliśmy też naszemu ofensywnemu duetowi z Häcken. W przypadku Felicii Schröder oraz Moniki Jusu Bah również nie obyło się bez wątpliwości, bo sezon przygotowawczy, bo nawet na tle islandzkiego Breithabliku forma falująca, bo jak dotąd w kadrze nie potrafiły pokazać pełni swoich możliwości. Tymczasem nadchodzi trzeci dzień marca i obie zainteresowane solidarnie rozgrywają swój najbardziej spektakularny mecz w seniorskiej reprezentacji, niejako wykładając Filippie Angeldal na złotej tacy futbolówkę, którą inna z przedstawicielek madryckiego Realu strzeliła zresztą złotego skądinąd gola na wagę trzech punktów na włoskiej ziemi. Od razu przypominają się w tym momencie dyskusje, które nieco ponad dwa lata temu towarzyszyły nam w postpandemicznej i postmundialowej rzeczywistości. Przypomnijmy (na wypadek, gdyby ktoś wymazał ten koszmarny czas z pamięci), że właśnie wtedy, ze względu na niezwykle napięty terminarz – UEFA kazała rozgrywać decydujące starcia fazy grupowej Ligi Mistrzyń w połowie stycznia, co z perspektywy naszych klubów jest oczywiście środkiem sezonu urlopowego. Ileż było wtedy lamentów i narzekań, że to koniec, że już pozamiatane i w ogóle nie ma czego szukać, tymczasem zawodniczki z Hisingen ze spokojem zrobiły swoje, odprawiając faworyzowane i przynajmniej w teorii znajdujące się pod grą rywalki z Paryża i Madrytu. Żeby było zabawniej, podobnej sztuki dokonał także norweski Brann, dzięki czemu po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w nowej erze europejskich pucharów na etapie ćwierćfinału mieliśmy aż dwa skandynawskie kluby, na co dzień rywalizujące oczywiście w formule wiosna-jesień. A gdy ów fakt się urzeczywistnił, wahadełko przesunęło się maksymalnie w drugą stronę i zaczęło się przekonywanie, że oto wykorzystaliśmy grę na świeżości, podczas gdy nasze rywalki z kontynentu zaczynały już odczuwać oznaki zmęczenia sezonem. Bo sport jest o tyle piękny, że post factum da się w nim udowodnić dosłownie wszystko i znaleźć na poparcie tej tezy szereg w teorii logicznych argumentów. Wszak Bella Andersson, Smilla Holmberg i zawodniczki z Damallsvenskan do samolotu lecącego w kierunku Włoch również wsiadły wypoczęte bynajmniej i nie zajechane. A że temat podnieśliśmy dopiero po ostatnim gwizdku hiszpańskiej sędzi. Oj tam, oj tam…

Żeby było jasne: ten tekst nie jest naśmiewaniem się z publicystyki jako takiej. Wszak sam jego autor z pasją zajmuje się między innymi tym, od kilkunastu lat próbując z większym lub mniejszym powodzeniem zgłębić tajniki szwedzkiego (i nie tylko), futbolowego uniwersum. Jeśli zatem ktokolwiek z was odczuwa taką potrzebę: dyskutujmy, analizujmy, wymieniajmy się opiniami i predykcjami, bo bez nich sportowa codzienność byłaby przecież dalece bardziej smutna. W tej całej ekscytacji nie zapędzajmy się jednak zbyt daleko, wszak piękno sportu – jak i życia – polega między innymi na jego nieprzewidywalności. Nie oczekujmy zatem, że Andersson, Holmberg, Lundkvist i Nelhage od teraz będą ratować nam czyste konta przy każdej możliwej okazji, a Schröder i Jusu Bah notować w reprezentacyjnej koszulce wyłącznie występy bardzo dobre lub wybitne, bo przecież mogły we Włoszech podczas okresu przedsezonowego. Młoda Szwecja jest piękna, ale dajmy jej czas i pozwólmy rozkwitać w swoim tempie. Nie rozkładajmy nad żadną z zawodniczek ochronnego parasola, nie bójmy się rzetelnej i konstruktywnej krytyki, ale pozwólmy im cieszyć się grą, bo przecież futbol – raz jeszcze, podobnie jak każda inna praca – powinna w pierwszej kolejności przynosić spełnienie i satysfakcję. A w tym systemie naczyń połączonych szczęśliwa i spełniona piłkarka oznacza mnóstwo pozytywnych emocji dla każdego, kto dobrze życzy naszej kadrze. Trzymajcie się, do następnego zgrupowania!

Leave a comment