
Piłkarki z Piteå w przeszłości potrafiły już solidnie namieszać w pucharowym kociołku (Fot. Handelsebanken)
To nie będzie zapewne najbardziej merytoryczny wpis w historii tego serwisu, lecz czasami przychodzi moment, w którym zwyczajnie przychodzi nam opisać otaczającą nas rzeczywistość po imieniu. A kolejny sezon rozgrywania Pucharu Szwecji w formule zmagań grupowych doprowadza do smutnej konstatacji, że ewidentnie nie wszyscy potrafią wyciągać z popełnianych przez siebie błędów logiczne i konstruktywne wnioski. Jasne, rezygnacja z absurdalnego klucza geograficznego sprawiła, że wreszcie u progu nowego roku kalendarzowego przestaliśmy kisić się co dwanaście miesięcy w tym samym sosie, lecz do rozwiązania kwestii absolutnie kluczowej nie zbliżyliśmy się niestety ani o milimetr. A o przeżywaniu tak często przywoływanej chociażby przez naszych angielskich, niemieckich, czy francuskich przyjaciół mitycznej magii pucharu, niezmiennie możemy tylko pomarzyć.
Największą siłą pucharowych zmagań od zawsze była ich losowość i nieprzewidywalność. Jeden mecz, dziewięćdziesiąt minut rywalizacji (w idealnym świecie bez żadnych dogrywek), które mogą zapewnić konkretnym zawodniczkom lub drużynom niezapomniane chwile, nierzadko stanowiące przełomowy lub najbardziej ikoniczny moment dłuższych historii. To wszystko w niezwykle brutalny sposób przestaje jednak mieć znaczenie, gdy ktoś z futbolowych decydentów w przypływie sami-wiecie-czego nagle dojdzie do wyjątkowo rewolucyjnego wniosku, że jedna liga to zbyt mało, a z krajowego pucharu należy utworzyć hybrydę na kształt karłowatej mini-ligi. Efekty? Pamiętacie, jak przed rokiem wszyscy zachwycaliśmy się eksplozją talentu Emilii Widstrand, która w niesamowicie inspirującym stylu poprowadziła koleżanki z Örebro do epickiej batalii z naszpikowanym wówczas gwiazdami IFK Norrköping? To wszystko na koniec dnia i tak nie miało jednak jakiegokolwiek znaczenia, gdyż historia z potencjałem na wiele nagłówków stała się jedynie relacją z mało znaczącej potyczki pierwszej kolejni fazy grupowej, którą miesiąc później Peking bez większego trudu zakończyły na pierwszym miejscu, zapewniając sobie tym samym promocję do kolejnej fazy. O dzielnej postawie drugoligowca z Närke cały czas można było oczywiście wspomnieć, lecz z oczywistych względów trudno było zainteresować ich wyczynem szerszą publiczność, wszak realnych profitów było z tego doprawdy niewiele.
Obecny sezon przyniósł nam jeszcze bardziej kuriozalną sytuację, bo oto na inaugurację grupowych zmagań tradycyjnie już skazywana przez wielu na pewny spadek ekipa z Piteå wybrała się do Malmö, gdzie – ku rozpaczy licznie jak na tę porę roku zebranych na trybunach sympatyków MFF – jak najbardziej zasłużenie odprawiła jak najbardziej poważne kandydatki do podwójnej korony, aż trzykrotnie znajdując tego dnia drogę do siatki Moy Öhman. W innej konfrontacji Północy z Południem ambitny drugoligowiec z Umeå dzielnie postawił się wyżej notowanym rywalkom z Kristianstad, a starcia tych zespołów zakończyło się ostatecznie bezbramkowym remisem. W alternatywnej, tej zdecydowanie bardziej tradycyjnej rzeczywistości mielibyśmy zatem do czynienia z przynajmniej jedną (a wielce prawdopodobne, że i kolejną) naprawdę inspirującą historią, lecz w uniwersum Svenska Cupen następny weekend przyniósł nam drugą serię grupowych zmagań, a na jej koniec to zespoły ze Skanii – zgodnie z wszelkimi prawidłami logiki – najpewniej rozstrzygną między sobą kwestię pierwszego miejsca, Że niby ze specyfiką pucharu nie ma to zbyt wiele wspólnego? A kto by się tym przejmował!
Na tym jednak absurdów nie koniec, bo oto Hammarby za chwilę może klepnąć awans przed rozpoczęciem ostatniej z grupowych gier, w wyniku czego potyczka Bajen z Vittsjö będzie miała status wyłącznie meczu towarzyskiego. Bez jakiejkolwiek stawki zagrają przeciwko sobie ponadto Linköping z Gefle, Växjö z Rosengård, czy Bromma z Alingsås i wszystkie te zespoły mogłyby w połowie marca na plac gry w ogóle nie wychodzić, a wielce prawdopodobne, że nikt by się w ogóle nie zorientował. Co więcej, Djurgården z Norrköping oraz Häcken z AIK zagrają niby o coś, ale i tutaj rywalizacja ta nie odbędzie się bynajmniej po pucharowemu, bowiem remis oznaczać będzie awans jednych i odpadnięcie drugich. Czy aby na pewno o taki efekt końcowy nam w tym reformatorskim matriksie chodziło? A może wciąż nie jest zbyt późno, aby przyznać się do błędu? W UEFA, po długich dekadach ewidentnej pomroczności, ktoś wreszcie postanowił się otrząsnąć, w wyniku czego Liga Mistrzów nareszcie – zgodnie zresztą z nazwą – stała się ligą, a nie kadłubowym para-pucharem. W przypadku Svenska Cupen należałoby wykonać ruch dokładnie odwrotny i miejmy nadzieję, że ktoś prędzej niż później się nad tym faktem pochyli. Bo przecież wystarczy dosłownie minimum kreatywności, aby rozgrywki nie bez przyczyny nazywane najbardziej przystępnymi w całym, piłkarskim kalendarzu, na powrót odzyskały swój niepowtarzalny i wyjątkowy charakter. Do pełni szczęścia brakuje tak niewiele, więc nie każcie nam dłużej czekać i oddajcie to wszystko, dzięki czemu pucharowa rywalizacja od zawsze przyciągała zainteresowanie. Ligę już mamy, na Puchar Szwecji czekamy. Tak, na ten właściwy!