Porozmawiajmy szczerze, selekcjonerze!

E3iZ2wBWUAY_vXe

Ellen Wangerheim w niebiesko-żółtych barwach? To naprawdę może się udać, ale dajmy sobie szansę! (Fot. Getty Images)

Pierwsze zgrupowanie kadry w nowym roku kalendarzowym za nami. Liczbowo sprawy prezentują się zadowalająco, bo jedno zwycięstwo i jeden remis przywiezione z dwóch wymagających wyjazdów to dorobek, który warto uszanować. Tak, tę frazę powtarzamy w naszych analizach i podsumowaniach nader często, ale o niektórych kwestiach warto sobie co jakiś czas przypominać. Szczególnie, że przez dekady funkcjonowaliśmy w nieco innej rzeczywistości, w której o korzystne wyniki w potyczkach z przedstawicielkami aspirujących, europejskich nacji było zdecydowanie łatwiej. Dziś piłkarska geografia Europy przedstawia się bardziej interesująco, a skoro tak, to kolejnych cyklów eliminacyjnych pod żadnym pozorem nie możemy traktować jako przykrego obowiązku do wypełnienia. Lista chętnych do gry o najwyższe cele z roku na rok błyskawiczne się wydłuża, a my… możemy się z takiego obrotu sprawy jedynie cieszyć, bo przecież realne wyzwania od zawsze napędzają do jeszcze skuteczniejszego działania.

My jednak nie do końca o tym, wszak szczególnie wyjazd do wietrznego Wrexham na powrót skłonił nas do poważnych refleksji w temacie wyborów personalnych szwedzkiego selekcjonera. Oczywiście, ani trochę nie oczekujemy, że oto Peter Gerhardsson nagle zmieni swoje podejście do wykonywanej pracy o sto osiemdziesiąt stopni, lecz nawet mając na uwadze czekającą nas niebawem zmianę na trenerskim stołku, pewne pytania postawić po prostu trzeba. A jak uczy życie, najlepiej zrobić to wprost i bez niepotrzebnej zabawy w półśrodki. I to nawet mimo przekonania, że najpewniej kwestie te na zawsze niejako zawisną w próżni i nie doczekają się jakkolwiek satysfakcjonującej odpowiedzi.

Zacznijmy może od zarysowania kontekstu: kilka dni temu, w kalifornijskim San Diego, doszło do stojącego na niesamowicie wysokim poziomie jakościowym starcia reprezentacji USA i Japonii w ramach towarzyskiego turnieju SheBelieves Cup. W drużynie Emmy Hayes podstawowy tercet środkowych pomocniczek stworzyły Samantha Coffey, Lindsey Horan oraz siedemnastoletnia Lily Yohannes. Jokerką w talii Grenlandczyka Nilsa Nielsena okazała się natomiast inna nastolatka Toko Koga. Obie te zawodniczki łączy fakt, iż na powołanie do czołowej reprezentacji globu zapracowały sobie świetnymi występami na boiskach… holenderskiej Eredivisie! Była trenerka londyńskiej Chelsea w swoich wyborach wykazała się jednak zdecydowanie większą nieszablonowością, gdyż odważne postawienie chociażby na Ally Sentnor, siostry Thompson, czy Tarę McKeown także trudno nazwać oczywistym, podobnie zresztą jak szansę daną nie tak dawno z powodzeniem broniącej dostępu do bramki Piteå Amandzie McGlynn. Turnieje towarzyskie, a także rozgrywki Ligi Narodów stanowią kapitalny poligon doświadczalny dla ewentualnych eksperymentów i trudno się dziwić, że selekcjonerzy skwapliwie z tego daru korzystają. Na przestrzeni ostatni lat mogliśmy z bliska obserwować dynamiczny rozwój reprezentacyjnych karier takich zawodniczek, jak chociażby Klara Bühl, Lena Oberdorf i Sjoeke Nüsken (Niemcy), Wieke Kaptein (Holandia), Lauren James i Maya Le Tissier (Anglia), Emma Færge i Josefine Hasbo (Dania). One wszystkie na wczesnym etapie swoich sportowych karier otrzymały od selekcjonerów niezbędny kredyt zaufania, który obecnie z korzyścią dla wszystkich regularnie spłacają. Mylą się jednak ci, którzy twierdziliby, że wspomniana otwartość tyczy się jedynie wprowadzaniu do zespołu młodych, głodnych gry debiutantek i dbaniem o płynne przeprowadzenie mitycznej sztafety pokoleniowej. To znaczy, ona oczywiście jest swego rodzaju efektem ubocznym, lecz główny zarzut pod adresem naszego, reprezentacyjnego sztabu odnosi się do całkowitego braku reakcji na bieżące wydarzenia. Prowadzący duńską kadrę Andrée Jeglertz nagle wymyślił sobie eksperyment z 36-letnią Sanne Troelsgaard w roli pół-prawej stoperki w trzyosobowym bloku defensywnym, Hiszpanka Montserrat Tomé wysłała jasny sygnał do Cristiny Martin-Prieto oraz Maite Zubiety, że widzi i docenia ich cotygodniowe dokonania w odpowiednio Benfice Lizbona (liga portugalska!) i Athletiku Bilbao, a odpowiedzialny za wyniki Niemek Christian Wück nie pozostał obojętny na to, co na boiskach Damallsvenskan wyczyniała rewelacyjna jesienią Rebecca Knaak. Te przykłady moglibyśmy mnożyć, bo tak właśnie wygląda to w większości zdrowych, piłkarskich ekosystemów. Z olbrzymim smutkiem musimy jednak zaznaczyć, że w gronie tych ostatnich od pewnego czasu próżno szukać reprezentacji Szwecji.

Raz jeszcze warto podkreślić, że w tym tekście nie chodzi o wykłócanie się o jakiekolwiek konkretne nazwisko. Każdy z nas, a selekcjoner i jego współpracownicy w szczególności, ma oczywiste prawo do swojej wizji i to jej powinien ufać, bo z niej na koniec dnia (cyklu) będzie rozliczany. Problem jednak w tym, że u nas konkretnej strategii trudno się w ogóle dopatrzeć. Na każdej pozycji obowiązuje żelazna hierarchia, przestrzegana bez wyjątków zarówno w przypadku gier o stawkę, jak i potyczek o charakterze towarzyskim. Nie tylko my, ale i skauci naszych rywali, są w stanie bezbłędnie wskazać zarówno personalia, jak i ustawienie szwedzkiej kadry nawet w przypadku ewentualnych kartek czy urazów. Sam fakt bycia otwartą książką nie stanowi może jeszcze powodu do bicia na alarm, bo skoro Gerhardsson i jego ludzie gorąco wierzą w umiejętności swoich wybranek, to i my najpewniej powinniśmy im zaufać (choć czynimy to z coraz większym wahaniem na twarzach). Nie da się natomiast obojętnie przejść obok faktu, że droga obrana przez nasz sztab niebezpiecznie popycha nas w kierunku spalonej ziemi, po której spacerować będzie już nie sam Gerhardsson, lecz jego następca. Bo nawet jeśli wysilimy do maksimum wyobraźnię i naszkicujemy scenariusz, w którym szwedzkie weteranki (Asllani, Jakobsson, Sembrant, Andersson i reszta) na tegorocznym EURO raz jeszcze prowadzą nas do szczęśliwego zakończenia, to wkrótce potem i tak nadejdzie moment, gdy – tym razem już z przymusu – będziemy zmuszeni przetestować nowe rozwiązania. I zamiast wypracować sobie wcześniej jakąkolwiek przydatną bazę, będziemy musieli improwizować na żywym organizmie, prawdopodobnie podczas trwających w najlepsze eliminacji do brazylijskiego mundialu, których powodzenie z dużą dozą prawdopodobieństwa zależeć może od wyniku jednego, barażowego dwumeczu. Lista piłkarek czekających na przynajmniej pobieżne sprawdzenie swojej przydatności na reprezentacyjnym gruncie jest całkiem długa, a znajdziemy na niej między innymi bramkarki Emmę Holmgren i Someę Polozen, obrończynie Hannę Wijk, Smillę Holmberg, Ronję Aronsson, Annę Sandberg, czy Nesrin Akgün, pomocniczki My Cato, Matildę Vinberg i Julię Karlernäs (ta ostatnia to mocno niedoceniana, a przy tym najsolidniejsza szwedzka piłkarka występująca na boiskach włoskiej Serie A), skrzydłowe Alice Bergström, Johannę Renmark i Stinalisę Johansson, czy wreszcie ofensywne Rosę Kafaji, Maję Wangerheim, Evelyn Ijeh i Felicię Schröder. Tylko tutaj uzbierało się kilkanaście nazwisk, a przecież była to lista tworzona niejako na szybko, bez dogłębnej analizy i dodatkowych przemyśleń. Nikt z nas nie da oczywiście gwarancji, że którakolwiek w wymienionych tu zawodniczek okazałaby się lekarstwem na wszystkie, szwedzkie problemy, lecz – pozostając niejako przy medycznej terminologii – hołdując obecnej strategii w ogóle nie dajemy sobie szansy, aby te formy terapii jakkolwiek przetestować. I właśnie tego nieświadomego działania na swoją własną niekorzyść dotyczy główny, stawiany tu zarzut. Wszak z dwojga złego chyba wolelibyśmy konstruktywnie krytykować selekcyjne pomyłki niż całkowitą, selekcjonerską bierność.

Leave a comment